sobota, 18 października 2014

Problemy techniczne i wielka radość :)

Hej Kochani,
Cieszę się, że podobają się Wam moje relacje. Ciężko jest to wszystko opisać słowami ale staram się
Zrodziły się pierwsze problemy. Przede wszystkim jak już wcześniej pisałam Internet jest bardzo drogi i tylko dziś po jednym dniu korzystania zużyliśmy 1/3 transferu Będzie więc ciężko …. Liczyłam na to, że będę mogła rozmawiać z najbliższymi przez Skype i często wrzucać zdjęcia ale niestety, a propo fotek też pojawił się problem. W samolocie rozładował mi się aparat (choć był na maxa naładowany)
i teraz mam zacięty obiektyw, ciągle wyświetla mi się komunikat, że mam włączyć i wyłączyć zasilanie ale nie pomaga Póki co, mamy trzy aparaty ale co będzie jak pozostali wyjadą?! Może uda się go naprawić gdzieś w Lusace ale skoro mają problem z usunięciem simlocka to pewnie tym bardziej nie naprawią aparatu Trzymajcie kciuki, żeby opuściły mnie problemy techniczne oraz żebym wyzdrowiała bo póki co mam stan podgorączkowy, „żyletkę” w gardle i potężny katar! Ale te niedogodności nie są w stanie zabrać mi całej radości jaka płynie z tego wyjazdu!!!!!!
Chodzimy spać wcześnie, wstajemy nad ranem i zabieramy się do pracy Wczoraj malowaliśmy przedszkole (okna, framugi, drzwi), a dziś plac zabaw i choć brudna to robota to bardzo wdzięczna. W ramach przerwy (ciężko pracuje się w takim upale bez żadnego cienia) wybraliśmy się do Lindy. Dzieciaki są niesamowite. Łapały nas za ręce, dotykały ( uwielbiają delikatną skórę białych)
i nie odstępowały na krok! Kupiliśmy u lokalnych sprzedawców pomidory, cebulę i inne nieznane nam owoce i warzywa, które nie zawsze nam smakowały. Czas płynie tu bardzo spokojnie. Dzień jest krótki bo słońce zachodzi już o 18. Mimo tego, ciągle jest głośno, wszędzie słychać muzykę i bawiące się dzieci.
To przerażające, że w naszych czasach ludzie żyją w takiej skrajnej biedzie… bez prądu, pralek, wody. Aż wstyd mi, że tak się denerwuję na brak Internetu … Mieszkańcy Lindy są niezwykle pogodni , beztroscy i niewiele potrzeba im do szczęścia. Chciałabym się od nich tego nauczyć
Dziś sobota więc w Lindzie jest święto! Wszędzie słychać muzykę i śpiew
Dobra i zgrana z nas ekipa mimo małych zgrzytów W wolnych chwilach gramy w planszówki
i zwijamy się ze śmiechu
Chciałabym napisać więcej ale Internet mnie ogranicza ….
A na koniec jako potwierdzenie, że jestem na drugiej półkuli: WODA W ZLEWIE KRĘCI SIĘ W DRUGĄ STRONĘ
Ściskam,
zakichana Dosia
:)


Mecz ligowy

pozujemy

a w tle przeprowadzka ;)

fryzjer

mamy z Zambii swojego Dreama :)

tak mieszkamy

malowanie :)

rozdajemy dzieciakom pierścionki




piątek, 17 października 2014

Jestem w raju :)

Hej Kochani! Piszę dopiero teraz bo na miejscu mieliśmy problem z Internetem.  Jest bardzo drogi
i wcale nie śmiga tak szybko jak wszyscy myśleliśmy ale jesteśmy w Afryce, a tu wszystko się może zdarzyć J

Lot choć długi przebiegł bardzo spokojnie i bezpiecznie. Lądowanie mieliśmy miękkie, obsługę bardzo miłą, dobre jedzenie, piękne widoki,a przesiadki dość sprawne. Poirytowałam się jedynie pod koniec podróży bo mieliśmy niespodziewane międzylądowanie w Harare (Zimbabwe) żeby zabrać kolejnych pasażerów i zatankować.  Jednak z powodu jakiś problemów technicznych z oprogramowaniem musieliśmy czekać w samolocie ponad półtorej godziny, tak więc na miejsce, do Lusaki dotarliśmy
z godzinnym opóźnieniem.
Od razu po wysiadce z samolotu buchnęło gorącem! Było 36 stopni w cieniu. Lotnisko w Lusace jest malutkie i przypomina wyglądem gdański PKS (serio!). Kolejki po wizy były dość spore ale dostaliśmy je bez problemu. Nasze bagaże na szczęście też dotarły szczęśliwie! Wraz z Beatą, Adamem i Justyną próbując uciec od natrętnych taksówkarzy i tragarzy próbowaliśmy skryć się w cieniu by poczekać na ostatniego uczestnika wyprawy – Alberta (człowiek z Trójmiasta! :D) ale niestety na próżno. Gdy byliśmy już w komplecie przyjechał po nas o. Jacek Gniadek – proboszcz parafii w Lindzie, w której stacjonujemy oraz dyrektor przedszkola, które będziemy malować. Jest werbistą i od 20 lat posługuje w Afryce. Załadowaliśmy bagaże na toyote typu pick’up i ruszyliśmy. Z dziewczynami usiadłyśmy na pace, wiatr wiał nam we włosy i zostawialiśmy za sobą piękne, afrykańskie zachodzące słońce – taki obraz widziałam dotychczas tylko we snach J Poczułam, że to wszystko dzieję się naprawdę!
Mijaliśmy po drodze ludzi, którzy z uśmiechem się nam przypatrywali. Najbardziej rozbrajają mnie kobiety, które noszą na głowach ciężkie kosze, najczęściej z owocami. NIEWIARYGODNE! Przejeżdżając przez centrum Lusaki przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Wszędzie fruwają śmieci,
a stragany zrobione są z … kartonów. Słowami nie da się tego opisać ale ma to swój urok!
Po zrobieniu małych zakupów w centrum handlowym dotarliśmy do Lindy – dzielnicy Lusaki. Nie ma do niej asfaltowej drogi. Jedzie się po strasznych wertepach, od których przewraca się w żołądku :D Po wjeździe do Lindy dopiero zaczyna się prawdziwa Afryka! Mam nadzieję, że dane mi będzie wrzucać jak najwięcej zdjęć bo nie da się tego ująć w słowa J Póki co, mam problem z aparatem …
w trakcie lotu nie wiedzieć czemu zaciął mi się obiektywL Na szczęście prawie wszyscy z naszej ekipy mają aparaty więc fotek będzie pod dostatkiem!

Nasz „dom” czyli pomieszczenie dla wolontariuszy, dopiero z naszym przyjazdem zostało oddane do użytku. Nie było więc tu nic oprócz materaców, pryszniców, zlewów i toalety. Ojciec Jacek skołował nam lodówkę, czajnik i palnik więc było łatwiej :) Wypiliśmy inauguracyjne piwko, zjedliśmy polskie kiełbasy i poszliśmy spać.

O 6:30 wybrałyśmy się z Justyną na Mszę św., którą odprawiał o. Jacek. Początkowo w kościele
w pierwszych rzędach siedziały same kobiety. Były przepięknie, kolorowo ubrane! Jednak dopiero gdy zaczęły śpiewać przeżyłam totalną ekstazę! Widać i słychać było, że śpiewają spontanicznie, od serca, brzmiało to tak jakby ćwiczyły codziennie po parę godzin. Prze-pię-knie!
Po Mszy wybraliśmy się na zakupy. Postanowiliśmy głównie z zebranych przeze mnie pieniędzy, zakupić najpotrzebniejsze rzeczy: pościele, prześcieradła, szafki, garnki, sztućce, miski, ściereczki, haczyki itd. Przed wizytą w sklepie odwiedziliśmy kawiarnię, w której ponoć jest najlepsza kawa
w Lusace. Była pyszna i w przystępnej cenie J Wymieniliśmy dolary na lokalne kwachy. Można jednak wymieniać tylko tysiąc dolarów i to w dodatku trzeba mieć przy sobie paszport. Beata z Albertem poszli do banku (w kantorze nie mieli takiej kwoty :P), a reszta poszła wraz z ojcem ogarniać zakup Internetu i kart do telefonów. Trochę była z tym maniana … A teraz uwaga: większość moich znajomych nie uwierzy ale zostałam oficjalnym skarbnikiem wyjazdu :D  Póki co, radzę sobie J

Ponieważ nie zdołaliśmy zakupić wszystkiego, czego potrzebowaliśmy, odwiedziliśmy kolejny, wielki supermarket i tam dokupiliśmy resztę rzeczy.  Najdroższy ale też najbardziej praktyczny był zakup turystycznej szafki z pięcioma półkami i wieloma kieszonkami. Wraz z Justyną i Beatą mogłyśmy się całkowicie wypakować i poczuć jak w domu J

Wracając do Lindy, zajechaliśmy do pięknego hotelu z basenem i pubem. Wypiliśmy piwko
i poczuliśmy trochę luksusu. I choć było tam pięknie to zdecydowanie bardziej odpowiada mi typowo dziki, afrykański klimat J Kiedy wjeżdżaliśmy na pace do naszej dzielnicy, dzieci machały nam i krzyczały „muzumbu” co oznacza „biały człowiek”. Poczuliśmy się jak gwiazdy i lokalna atrakcja :P
Jestem tu dzień, a już jestem w tym miejscu zakochana!

Po całym organizacyjnym dniu, wróciliśmy do domu by go urządzić. Zrobiliśmy przemeblowanie, wielkie sprzątanie i w tej chwili jest tu cudnie J
Mega się rozpisałam, a to i tak tylko szczątkowe informacje. Niestety ze względu na problemy z Internetem nie obiecuję, że będę pisać codziennie ale postaram się!

Jestem szczęśliwa, czuję się dobrze J Jedynie od kurzu i suchego powietrza mam zapchany nos i ciągle kicham, a od darcia się podczas jazdy na pace rozbolało mnie gardło :P Na szczęście jest z nami pielęgniarka ;)
Ekipa jest super! Nieustannie boli mnie brzuch ze śmiechu J

To by było na tyle,
ślę afrykańskie całusy, 
Wasza Dosia


Ethiopian airlines :)

Afryka!

Lusaka z lotu ptaka

lotnisko PKS

Integracja :) 

niedziela, 12 października 2014

Ostatnie przygotowania

No i powolutku ostatni weekend w Gdańsku w tym roku dobiega końca....
To był cudowny czas.
W sobotę szybki grill w Tuchomku na działce u mojej przyjaciółki. Nieocenieni znajomi przygotowali mi niespodziankę! Dwanaście balonów, a w każdym z nich jakieś życzenie np.: niezapomnianych afrykańskich zachodów słońca, mało tęsknoty i dużo radości, miłości silniejszej niż tysiące kilometrów itd. Wow! Jesteście Kochani :) Oczywiście nie byłabym sobą gdybym się nie wzruszyła :P

O 19:00 na gdańskim Chełmie odbył się różaniec i koncert uwielbienia zespołu Selah. Jestem ogromnie wdzięczna za wspólną modlitwę i masę ciepłych słów, które usłyszałam, często od obcych mi osób Zespół oczywiście pięknie śpiewał, grał i prowadził koncert. Wyzwolił we mnie takie emocje, że na koniec poryczałam się jak głupia i nie mogłam z siebie nic wykrzesać, prócz słowa DZIĘKUJĘ. Bardzo ciężko jest wyrazić słowami jak bardzo jestem wdzięczna wszystkim za uśmiechy, wsparcie, modlitwę, ofiarę. I jak tu nie wierzyć w dobroć?! Oprócz wsparcia duchowego otrzymałam także wsparcie finansowe. Podczas koncertu udało się uzbierać 600 zł :)

Po koncercie odwiedziliśmy naszych znajomych Kasię i Marcina. Bardzo chciałam przed wyjazdem zobaczyć ich małego synka Franka :) Spał słodko jak aniołek, a my mieliśmy szansę sobie troszkę porozmawiać. Pozdrawiam Państwa Mierzwińskich!

Pobudka o 5:45. Wyjeżdżamy do Żelistrzewa, małego miasteczka pod Puckiem. Zostałam przyjęta niezwykle miło. Wspólnie z księżmi zjedliśmy śniadanie, a pomiędzy mszami udało nam się pozwiedzać okolicę. Dotarliśmy do Rzucewa, gdzie znajduje się piękny, malowniczy zamek oraz urocza plaża. Polska jesień nigdy wcześniej nie wydawała mi się tak piękna! O 11:30 mieliśmy ostatnią Mszę. Parafianie nie zawiedli i w ciągu trzech Mszy udało się uzbierać ponad 2 tysiące złotych !!!!!!!!!! Dziękuję proboszczowi za gościnę i możliwość przeprowadzenia zbiórki. Na pewno wrócę do Żelistrzewa w styczniu :)

Po zbiórce wybraliśmy się do Gdyni na ulubioną włoską pizzę do Mąki i kawy - polecam! Poszlajaliśmy się po mieście i przysiedliśmy w miłej kawiarence Cafe Anioł. Tak opiliśmy się herbatą i objedliśmy szarlotką, że nie byliśmy w stanie się ruszyć ale w sumie przez najbliższe trzy miesiące nie będziemy mieli okazji tak spędzić czasu więc warto było.

Dziękuję mojemu Jackowi za wsparcie, pomoc i nieustanną obecność. Dzielnie znosił moje postrzelone pomysły, kaprysy, płacze i zawirowania. Póki co, nie wyobrażam sobie wytrzymać bez Niego tych trzech miesięcy ... nadal to do mnie nie dociera. Mam go jednak głęboko w sercu i ufam, że nasza miłość jest większa niż liczba kilometrów, a obliczyliśmy, że z terenu parafii w Lindzie do domu Jacka jest 7822,5 km :P

A teraz uciekam dalej się pakować i ważyć bagaż :)

Jutro odwiedziny u babć i dziadków i o 17:30 ruszamy z Jackiem Polskim Busem do Warszawy.
Przygodę czas zacząć :)

Ściskam i dziękuję,
Dosia
Balony z życzeniami

Wspaniały zespół Selah
Była moc!

Pani Jesień :) 

Z najlepszym mężczyzną pod słońcem :) 

piątek, 10 października 2014

Intensywny weekend. 2 dni!

Witajcie,
narastające emocje nie pozwalają mi spać więc pomyślałam, że coś skrobnę.

Wczoraj był piękny, wzruszający wieczór. W gronie najbliższych wypiłam pożegnalne piwko, usłyszałam wiele pokrzepiających słów, dostałam piękne pamiątki, które będą mi przypominać, że w Gdańsku czekają na mnie najlepsi :) Dziękuję Wam, to dla mnie niezwykle ważne!

Szykuje się intensywny weekend. Dziś o 19:00 zespół Selah gra koncert uwielbienia połączony ze zbiórką pieniędzy, choć przede wszystkim liczę na wsparcie duchowe. Wierzę, że będzie pięknie
i refleksyjnie bo bardzo przyda mi się takie wyciszenie przed wyjazdem. Kto jest z Gdańska lub okolic niech przyjdzie - zapraszam serdecznie :) Gdańsk-Chełm Parafia św. Urszuli Ledóchowskiej, godzina 19!

Jutro z samego rana wyruszamy z Jackiem do Żelistrzewa koło Pucka. Tam również na czterech Mszach będziemy zbierać pieniądze, aby wesprzeć zambijskie dzieciaki. Mam nadzieję, że kwesta będzie równie owocna jak dwie poprzednie. Oczywiście zdam relację ;)

Jeszcze dziś przed koncertem odwiedzę moją przyjaciółkę Gosię na działce za Gdańskiem. Będzie grill i pożegnanie w kameralnym gronie. Mam ogromny sentyment do tego miejsca, gdyż od pięciu lat regularnie goszczę tam w wakacje.

Kasia, nauczycielka z przedszkola Leśne Skrzaty, wysłała mi zdjęcia dzieciaków, które przygotowują akcję Afrykański plecak. Dzięki zbiórce przyborów szkolnych dzieci z Lusaki będą miały dobry start :) Uśmiechy leśnych skrzatów mówią same za siebie :) Jesteście suuuuuuper!

A tymczasem słońce już wstaje więc czas napierać,
dobrego dnia,
Dosia

Prezenty :)

Leśne skrzaty mają wielkie serca!

Pełne zaangażowanie. Jestem pod wrażeniem!


czwartek, 9 października 2014

Największą trudnością jest tęsknota

Wiem, że dla niektórych może to się wydawać śmieszne bo trzy miesiące zlecą tak szybko, że nawet nie zdążę się zorientować kiedy. Wiem także, że jeszcze pewnie będę płakać jak będę wyjeżdżać z tej Afryki ale na razie, nie boję się tego, co zastanę na miejscu: upałów, robactwa, drożyzny itd. Jedynym problemem jest tęsknota, a kto mnie zna ten wie, jak potrafię być sentymentalna i wrażliwa.

Pierwszą łezkę uroniłam dziś, jak żegnałam się z Zuzią i Adasiem - siostrzenicą i bratankiem, moim chrześniakiem. Idąc na autobus, po prostu nie mogłam powstrzymać się od płaczu, a wiem, że to dopiero początek pożegnań ...

Niezwykle wzruszające było dla mnie także spotkanie z Olą, moją kumpelą z ławki z podstawówki
i gimnazjum. Parę miesięcy temu, po wielu latach, odświeżyłyśmy znajomość i dostałam wczoraj od niej niezwykły prezent (fotka poniżej). Piękny kluczyk, abym zawsze pamiętała o tym, że tu jest mój dom i muszę do niego szybko wrócić. Dziękuję Ocia, będę pamiętać :)

Dziękuję także za miły wieczór, gościnę, cydr, przenocowanie i pogaduchy z Anią i Elą, z którymi również dawno się nie widziałam :)

Dziś dalszy ciąg prasowania, pakowania, kupowania ostatnich rzeczy i planowania jak zapakować się w 23 kg na trzy miesiące.

Wieczorem kolejne spotkanie, tym razem z moimi kulturoznawczyniami :) Nie miałyśmy jeszcze okazji opić swoich magisterek, więc choć na chwilę uda mi się zapomnieć o tym, że już za 5 dni wylot.

Ściskam,
Dosia

Kochane Szkraby :) 

Prezent od Oli :) 

wtorek, 7 października 2014

Został tydzień!

Hej, 
nie wiem kiedy ten czas minął ale do wyjazdu został niespełna tydzień. Jak już pisałam we wcześniejszym poście, staram się nadrobić zaległości towarzyskie i powoli się pakować. Nadal nie mam pojęcia jak załaduję się na trzy miesiące w 23 kilo ... dlatego pakowanie zaczęłam już dziś. 

Wczoraj zrobiłam już trochę zakupów: makaron, kasze, ryż, zupki chińskie, gorące kubki, kabanosy itd. I tak starczy to pewnie na jeden tydzień. Resztę będę musiała kupować nie miejscu ale dzięki wielkiej hojności ludzi, może nie będzie tak źle :) 

Serce się cieszy bo odzywają się do mnie osoby, które proponują współpracę! 

Kasia, nauczycielka z sochaczewskiego przedszkola "Leśne Skrzaty", zainicjowała akcję "afrykański plecak". U siebiew przedszkolu, wśród dzieci, zorganizuje zbiórkę m.in. przyborów szkolnych, które trafią do maluchów z afrykańskich szkół. Ponieważ Kasia dopiero startuje z tym przedsięwzięciem, a w porę natrafiła na moją stronę, zaproponowała aby pierwsza paczka dotarła właśnie do przedszkola
w Lindzie, które w trakcie misji będziemy wykańczać. Tak więc dzieci będą miały dobry start! Miejmy nadzieję, że współpraca okaże się owocna :) 

Kuzyn mojej przyjaciółki, Maciej, również zaproponował pomoc. Sam osobiście co jakiś czas wyjeżdża do Afryki i wspomaga najbardziej potrzebujących. Na miejscu robi zakupy i rozdaje je ubogim. Pozyskuje w Polsce wielu sponsorów, darczyńców i grupy które wspierają jego wszelkie akcje. W tym roku ponownie chciał wybrać się do Liberii ale niestety nadal panuje tam ebola, więc zaproponował aby uzbierane pieniądze (680 USD) przeznaczyć na zambijskie dzieci. Będąc już
w Lusace dowiem się, na co jest największe zapotrzebowanie i zrobimy zakupy dla dzieciaków. Obiecałam również robić taką fotorelację jak Maciej (zdjęcie poniżej), aby darczyńcy widzieli na co wydaliśmy pieniądze i również w prosty sposób im się odwdzięczyć. Uśmiech dziecka jest przecież bezcenny :)  

W dwóch słowach: dzieje się !!!!!!!!!

Już dziś pragnę zaprosić na koncert uwielbiania zespołu SELAH, który odbędzie się w tę sobotę 11.10 o godzinie 19:00 w parafii św. Urszuli Ledóchowskiej w Gdańsku-Chełmie. W trakcie tego koncertu będziemy chcieli dziękować Bogu za wspaniałe dzieła jakich dokonał i za wszystkich dobrych i hojnych ludzi jakich postawił na mojej drodze. Będziemy także prosić o wszelkie łaski, dla nas wolontariuszy, abyśmy mieli siłę do niesienia pomocy :) Zapraszam serdecznie! Oczywiście będzie to także szansa na wsparcie nie tylko duchowe, lecz także finansowe. Mam nadzieje, że będą tłumy :) Do zobaczenia

Wracam do pakowania,
Wasza Dosia

Biedronkowe zakupy

Dzieciaki z Liberii dziękują darczyńcom. Fot. Maciej Kozon 


poniedziałek, 6 października 2014

Piękny czas :)

Hej, hej,
przed moją trzymiesięczną misją staram się jak najwięcej czasu spędzać z bliskimi, przez których jestem wprost rozpieszczana :)

Cały czwartek spędziłam z moją przyjaciółką Gosią. To był wyjątkowo ciepły dzień jak na październik, jak gdyby to słońce świeciło specjalnie dla nas :) Mam ogromny sentyment do naszych wspólnych spotkań, nie mogłyśmy wyjść ze zdumienia, kiedy minęło te pięć lat studiów?! A tak przy okazji, to dziś rano moja siostra w popłochu wybiegła rano z domu, a ja zastanawiałam się dokąd... Później dopiero uzmysłowiłam sobie, że przecież zaczęły się zajęcia na uczelniach .... :) Poczułam się dziwnie, hmmm staro? Ale wracając do Gosi, chciałam jej podziękować, że wspiera mnie w trakcie przygotowań do wyjazdu. Zrobiła przepiękne puszki na pieniądze, do których aż chciało się wrzucać, a na urodziny dostałam od niej "Dziennik podróżnika" Pawlikowskiej. Już nie mogę się doczekać aż zamieszczę w nim pierwszą notkę. Dziękuję Gosiu, nie tylko za czwartek ale za te całe, piękne 5 lat :*

Piątek. Kino z Martą, która wraz ze swoim zespołem zaśpiewała na moim koncercie charytatywnym specjalnie skomponowaną na tę okazję piosenkę: "Dosi, wrzuć chociaż grosik". Dość często chodzi mi ona po głowie :) Pomimo iż film był dość infantylny ("Spódnice w górę") to przedpołudnie było urocze. Oczywiście nie obeszło się bez wielkich lodów w Grycanie. To już chyba nasza mała, słodka tradycja. W tym miejscu dziękuję Marcie, która także jest dla mnie wielkim wsparciem :* 

Wieczorem, wraz z moim Jackiem wybraliśmy się do znajomych: Magdy i Przemka. Szybko jednak pojechaliśmy do nowej salki prób, którą Przemek stworzył na jednym ze strychów wrzeszczańskiej kamienicy. Jest naprawdę profesjonalna! Nie omieszkałam wypróbować sprzętu i troszkę pośpiewać :)
Sobota. Rano o 10 wyruszyliśmy do Łodzi na premierę musicalu "Jesus Christ Superstar" w którym apostołów grają moi przyjaciele Dawid i Paweł. Dostaliśmy zaproszenia od Dawida, za które bardzo, bardzo dziękujemy! Do Łodzi jechaliśmy autostradą niespełna 3 godziny - petarda! Po drodze zabraliśmy parę autostopowiczów więc czas tym bardziej minął szybko i miło. Na miejscu wybraliśmy się z Dawidem na pyszną włoską pizzę, a następnie najedzeni ruszyliśmy na szybki spacerek po mieście. Urzekła mnie bardzo ulica Piotrkowska i na tym w sumie koniec, gdyż sama Łódź ma niesamowity, lecz niewykorzystany potencjał. Wszędzie brud, remonty, pijani ludzie i ruina ... choć przyznam, że ma to swój urok :) Z trudnościami przebiliśmy się z Jackiem przez remonty i dotarliśmy na spektakl. Był fenomenalny, gorąco polecam! Rozpierała mnie duma, gdy patrzyłam na moich zdolnych przyjaciół z widowni :) Po spektaklu zostaliśmy zaproszeni przez chłopaków na bankiet, na którym mieliśmy okazję poznać kilka, równie utalentowanych osób. O 23 wyruszyliśmy ponownie autostradą do Gdańska. To był wspaniały, kulturalny i pełen wrażeń wieczór. Dziękuję, zwłaszcza mojemu braciszkowi Dawidowi, za możliwość przeżycia takiego wspaniałego widowiska :* 

Nie ma spania! Pobudka 5:45 bo już o 7:00 mamy pierwszą zbiórkę w Pruszczu Gdańskim. I tu ogromne podziękowania dla mojego Jacka, który bez żadnych oporów wstał tak rano, mimo iż dzień wcześniej spędził wiele godzin na kółkiem :* Jesteś najlepszy! 
W parafii Podwyższenia Krzyża przeprowadziliśmy łącznie sześć kwest. W trakcie każdym ogłoszeń mówiłam pare słów od siebie, m.in. dokąd jedziemy i czym będziemy się zajmować na miejscu. Hojność i dobroć ludzi jest nieoceniona. Wysłuchałam wiele pochwał, obietnic modlitwy, słów wsparcia, a puszka napełniała się w zawrotnym tempie,wręcz nie nadążałam z rozdawaniem obrazków. Ksiądz proboszcz przyjął nas niezwykle gościnnie. Śniadanie, kawka, obiad, a przede wszystkim rozmowy. Księża z tej parafii są przesympatyczni. Dziękuję księdzu Kazikowi, Michałowi i Rafałowi, a także rodzicom mojego wcześniej wspomnianego przyjaciela Dawida. Gdyby nie pomoc Pani Iwonki i Pana Darka zbiórka na tej parafii pewnie nie doszłaby do skutku. Łącznie udało się nam zebrać 5 tysięcy 161 złotych i 53 grosze. Wielkie Bóg zapłać dla całej parafii! Już obiecałam dzieciakom, że wrócę do nich w styczniu, by zdać relacje na Mszy dla przedszkolaków. Mam nadzieję, że nawiąże się jakaś współpraca z przedszkolakami
z Lusaki. 

Na koniec dnia, zmęczeni pojechaliśmy na urodziny kolegi Michała, któremu jeszcze raz życzę wszystkiego najlepszego! :)

Ułaaa ale się rozpisałam! Tym, co dotrwali do końca wpisu gratuluję cierpliwości...dopiero się rozkręcam ;) 
W moim kalendarzu na 2014 Beaty Pawlikowskiej (również prezent od Gosi) widnieją słowa na dzisiejszym dniu: 
"Wierzę w dobro i miłość. Uśmiecham się. I wiem, że zmierzam w najlepszym kierunku"
Myślę, że jest to niezwykle aktualne :)

Ściskam, Wasza Dosia