piątek, 14 listopada 2014

Dzień drugi - safari

10. listopada (poniedziałek)
Pobudka po 6:00, dojadamy szybko bułki z podróży i ruszamy w drogę do Botswany. Za oknem mamy piękne widoki, a w tle słychać francuskie hity o. Jacka. Granicę Botswany i Zambii wyznacza rzeka Zambezi i wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że nie ma na niej żadnego mostu, tylko kursują na niej barki :D Zanim przekroczyliśmy granicę musieliśmy dokonać formalności w urzędzie imigracyjnym. Dostaliśmy stempelek przedłużający wizę i już byliśmy w Botswanie. Dość sprawnie to wszystko poszło. Nie ma żadnych bramek … jest po prostu brzeg rzeki i kursujące z jednej na drugą stronę statki. Pływają nimi tiry, samochody osobowe i ludzie. Mimo, iż odcinek rzeki jest bardzo krótki, przeprawa jest niezwykle powolna. Kolejki tirów są przeogromne! Po nas na szczęście podjeżdża motorówka z parku Chobe i przewozi nas na drugi brzeg. W Botswanie znów czeka na nas „papierkowa robota”, nie musimy kupować wiz. Następnie, klimatyzowanym busikiem jedziemy na safari do parku Chobe. Botswana to zupełnie inny świat … jest zdecydowanie bardziej europejska. Nie ma śmieci na ulicach, jest porządek. Busem podróżujemy z dwiema siostrami z Bośni, które od ponad 20 lat mieszkają w Danii. Młodsza z nich, od kilku lat przebywa w Zambii i pracuje w fundacji, która pomaga m.in. dzieciom, których matki przebywają w więzieniu. Bośniaczki są bardzo sympatyczne.
Pierwszy przystanek mamy w przytulnej restauracji, w której to w cenie safari mieliśmy zapewnione śniadanie. Była kawka, muffiny, oponki serowe i owoce. Wszystko jest bardzo smaczne i ładnie podane. Na miejscy jest też sklep z cudownymi pamiątkami, których ceny są kosmiczne! Botswana ogólnie jest bardzo droga. Co ciekawe, jest dwa razy większa niż Polska, a ma tylko 1.5 mln mieszkańców.
Po śniadaniu, przychodzi po nas pracownik parku, który kieruje nas nad wodę. Przechodzimy ładnym, drewnianym mostem do motorówki. Jest na niej dwóch przewodników, bardzo pozytywnych i oczytanych. Mają wielką wiedzę na temat tutejszej roślinności, zwierząt i historii, a w dodatku świetnie władają angielskim. Na początek przedstawiają się nam i krótko opowiadają, co będziemy mogli zobaczyć. Ruszamy … ale niestety na środku rzeki psuje nam się silnik, tak więc zawracamy by zmienić łódź. Słońce mocno grzeje, ale na szczęście mamy daszek nad głowami i zapewnione zimne napoje. Panowie przewodnicy odpowiadają nam skrupulatnie na wszystkie pytania. Znaleźliśmy się także w miejscy, gdzie łączą się granice czterech państw: Namibii, Botswany, Angoli i Zambii. Kraje te swego czasu, kłóciły się o niewielką wysepkę, która znajduje się na terenie parku Chobe. Z naszej łódki widzimy hipopotamy, krokodyle, wielkie jaszczury i bawoły, żyrafy. Podpływaliśmy do nich bardzo blisko, robiliśmy zdjęcia, a zwierzaki w ogóle się nie płoszyły. To niesamowite zobaczyć je w ich naturalnym środowisku. Widzieliśmy także masę różnych ptaków. Na lądzie zaś, widać było gromadkę słoni wędrującą do wodopoju. CUDO! Nad wodą znajdowały się także ekskluzywne lodge, do których przyjeżdżają ludzie z całego świata, ale aż strach pomyśleć ile kosztuje w nich nocleg. Choć spędzić w takim miejscu noc poślubną – marzenie!
Trzy godziny obserwacji zwierząt na wodzie upłynęły niezwykle szybko. Ok. godziny 12 zeszliśmy z pokładu na lunch. W restauracji czekały na nas ziemniaki, fasolka z marchewką, pieczywko, mięso, gulasz itd. a to wszystko w postaci szwedzkiego stołu. Na deser była kawa, sałatka owocowa i ciasto. Kiedy już napełniliśmy żołądki, przyszedł po nas kierowca busa, którym mieliśmy ruszyć w dalszą trasę po parku, ale tym razem na lądzie. Pogoda trochę się popsuła, zaczęło kropić i wiać. Z knajpy musieliśmy przejechać kilka kilometrów, by dojechać do parku. Po drodze mijaliśmy mnóstwo podobnych busów, w których siedzieli sami biali. Autem jechało się bardzo wygodnie, miał daszek, ale był bez okien. Zdecydowanie najwięcej widzieliśmy antylop. Są zgrabne i mają piękne oczy (więcej jej nie zjem!). Nie uciekały od nas. Widoki były przepiękne – sawanna jak z moich snów J Roślinność była w prawdzie wysuszona, bo wciąż czeka na porę deszczową, ale i tak miała swój urok. Moją uwagę przykuły drzewa jak z horrorów lub obrazów romantycznych. Miały sterczące, rozłożyste korony pozbawione liści. Na lądzie widzieliśmy guźce (pumba!), fretki, wiewiórki (szare, zupełnie inne niż w Polsce), małpy i coś w rodzaju naszych bażantów. Na drzewach pięknie prezentował się ptak z zambijskiego godła – fisheagle (rybołów?), podobny do polskiego orła. Przejechaliśmy wzdłuż rzeki Zambezi, którą wcześniej płynęliśmy. Ponownie widzieliśmy morskie stworzenia. Następnie pojechaliśmy w głąb lądu. Udało nam się zaobserwować lwy, a w zasadzie lwicę z małymi. Nie daliśmy rady podjechać bliżej, ale może to i lepiej :P Po drodze mijaliśmy inne busy pełne turystów (białych). Za każdym razem wymienialiśmy się uśmiechami i witaliśmy się. Pod koniec safari, udało nas się spotkać piękne żyrafy, które niemalże stanęły nam na drodze. Jadły sobie liście z drzew tuż koło naszego auta. Było ich chyba z dziesięć!
Nasz kierowca zawiózł nas pod samą granicę. Tam, przesiedliśmy się ponownie na motorówkę i po trzech minutach byliśmy już na zambijskim lądzie. Szybka wizyta w urzędzie imigracyjnym i wracamy do Livingstone. Botswana bardzo mnie urzekła … chciałabym tam jeszcze wrócić.

Po powrocie do naszego hotelu wzięliśmy szybki prysznic i wybraliśmy się na małe zakupy do sąsiedniego SPARA (sieć sklepów popularna w Afryce). W końcu kupiłam sobie żel pod prysznic! Są to tylko męskie i bardzo drogie …. Z Beti poszłyśmy także obejrzeć pamiątki ale były takie same jak na Sunday Markecie tylko, że trzy razy droższe … Następnie wybraliśmy się do włoskiej knajpy. Prowadzona jest przez Włochów, ale obsługują czarni. Leci włoska muzyka, ładny wystrój i miła obsługa. Za jakieś 30 K kupiłam pizzę z kurczakiem (19 cm). Mała ale syta. Na miejscu było nawet Wi-Fi! Najedzeni poszliśmy spać ….
Ścisk,
Dosia

Żyrafki 

Pumba


Antylopy 

Lwica z małymi 

Drzewa z horroru

Słonie

Lodge

Bawoły

Hipo!

Panna na safari

Nasi przewodnicy

Nasza ŁÓDŹ

Przeprawa przez Zambezi :)

czwartek, 13 listopada 2014

Livingstone - dzień pierwszy :)

Hej Kochani!
Witam Was po krótkiej przerwie ;) W najbliższych notkach będę opisywać nasz wyjazd do Livingstone i podzielę go wg dni bo nie zmieściłabym wszystkich relacji i zdjęć w jednym wpisie! Zaczynam więc od pierwszego dnia J
9.listopada (niedziela)
Po godzinie 12:00 razem z Justyną i Beti zapakowałyśmy się na pakę auta. Przed nami prawie 600 km. Wyłożyłyśmy ją całą kocem, a pod głowami podłożyłyśmy sobie styropiany dla lepszej amortyzacji. Moje dość szybko się połamały …  na szczęście Beti miała dmuchany podgłówek. Ciężko było się na początku usadowić, więc strasznie się wierciłam ale jak już przyjęłam odpowiednia pozycję to było boooosko! Słonko świeci, a trzy białek kobity wylegują się na pace! Oczywiście byłyśmy wielką atrakcją dla miejscowych, zwłaszcza dla pracowników robót drogowych. Wiatr wiał tak przyjemnie, że mimo ostrego trzęsienia parę razy ucięłam sobie drzemkę. Żal mi tylko było pięknych, mijanych krajobrazów, które przespałyśmy … no ale od czego jest droga powrotna? Przejeżdżaliśmy przez dwa większe miasta, których nazw niestety nie pamiętam. Zmorą byli „leżący policjanci”, czyli progi zwalniające, które w Zambii, w większych miejscowościach są po prostu co parę metrów! Czułyśmy się momentami jak worki kartofli :P
W połowie trasy zrobiliśmy sobie przerwę na kawę w przydrożnej knajpce (jedynej po drodze). Kawa latte była pyszna, jedna z lepszych, jaką do tej pory tu piłam. W dodatku nie kosztowała dużo, bo tylko 12 K czyli 6 zł. Oczywiście kobitka pomyliła się i zamiast 40 K wydała nam tylko 10, a Adaś dostał podwójne espresso w dwóch filiżankach :P Odpoczęliśmy i ruszyliśmy dalej w drogę. Zaszło słońce
i zaczęło się robić chłodno, a po chwili zaczął padać deszcz i wiać potworny wiatr. Zaczęłyśmy się więc nakrywać kocem, którym wyłożona była paka. Justyna opatulona kocem i z podgłówkiem na szyi wyglądała jak w karetce :D. Zimny wiatr stawał się uciążliwy przy takiej prędkości, więc zaczęłyśmy walić w dach, żeby o. Jacek się zatrzymał, bo chciałyśmy przesiąść się do środka. Bagaże
o. Jacek władował na pakę i przewiązał liną, a my grzałyśmy się w samochodzie. Trafiliśmy akurat na piękny, afrykański zachód słońca … o takim zawsze śniłam i marzyłam J. Jechaliśmy także najładniejszym w całej Zambii odcinkiem drogi, która sfinansowana była przez Unię Europejską
i faktycznie jechało się jak po stole.
Po 19:00 dojechaliśmy do Livingstone. Od razu moją uwagę przykuł brak śmieci na ulicach! SZOK. Zatrzymaliśmy się w pokojach gościnnych u o. Romana – werbisty. Beti i Adaś mieli osobne pokoje,
a my z Justyną wspólny. Dostaliśmy pościel i ręczniki, także pierwsza klasa. Była kuchnia z lodówką, czajnikiem, naczyniami, a nawet żelazkiem. Nad łóżkami nie zabrakło także moskitier, ale były zawieszone na kółku, więc nie były tak praktyczne i wygodne jak nasze w Lindzie i niestety komary żarły. W Livingstone klimat jest zupełnie inny, jest bardziej wilgotno i jeszcze cieplej. Można by było chodzić pod prysznic co 5 minut i nawet nam nie przeszkadzało, że nie było ciepłej wody, bo zimna była przyjemniejsza. Na ścianach w łazience widniała instrukcja włączania i wyłączania prysznica po polsku i angielsku J Kibelek był bardzo niski, a drzwi do toalety się nie domykały, więc musieliśmy je blokować krzesłem. Jednak, było bardzo schludnie i czysto, a w toalecie był nawet odświeżacz!
Po krótkim odpoczynku poszliśmy na miasto. Mieszkaliśmy praktycznie przy głównej ulicy, w samym centrum, więc wszędzie było blisko. O. Jacek zabrał nas do pubu z muzyką na żywo ale szybko się stamtąd ulotniliśmy bo dosłownie nie było czym oddychać, a muzycy i tak dopiero się rozkręcali. Przeszliśmy się wzdłuż głównej ulicy, pooglądaliśmy budowle w stylu kolonialnym i wróciliśmy do naszej kwatery. Nie było łatwo zasnąć, bo przez pół nocy ujadały psy, rechotały żaby i bzyczały komar. AFRYKA DZIKA! J
Jak starczy netka to już jutro kolejny wpis, w którym opiszę naszą wizytę na safari w Botswanie.
Ścisk,

Dosia

Przydrożne stragany

Wioska

Afrykańska roślinność

Laski z paki 

Lunch

Bydło występuje na trawce ... 

... i na jezdni

Handel w niedzielę!

Przerwa na kawkę

W karetce

Zachód słońca <3

Nasz nocleg

Muzeum Livingstonu

czwartek, 6 listopada 2014

Musungu budowlańcy i paczka od "Leśnych Skrzatów"

Hej!
Dziś troszkę nowinek z placu budowy J Codziennie (prócz niedziel) nieprzerwanie pracujemy. Śmiejemy się, że po powrocie do Polski będziemy mogli założyć jakąś firmę remontową :P Malowanie, szpachlowanie, gipsowanie jest mi nie straszne! Wyrabiam sobie bicepsy hihihi J I choć praca w takim upale jest uciążliwa to z takim zespołem jest czystą przyjemnością. Nasze mieszkanko jest już pomalowane na ładny, limonkowy kolor i nie przypomina tej nory, jaką zastaliśmy po przyjeździe. W każdej sali sufity są już pomalowane, teraz gipsujemy ściany i niebawem zabieramy się za ich malowanie. Będzie pięknie! Trzeba się spieszyć, bo w styczniu przedszkole ma zacząć działać. Niebawem rozpocznie się nabór J
31 października przedszkole „Leśne Skrzaty” z Sochaczewa zakończyło zbiórkę darów dla przedszkola w Lindzie. Kasia – koordynatorka projektu, przesłała mi piękne zdjęcia uśmiechniętych „skrzatów” i prezentów dla zambijskich dzieciaków. Udało się zebrać 59 kg przyborów szkolnych! Paczka z Sochaczewa „podpięła się” pod kontener ASBIRO. Wysyłają oni w nim m.in. meble i sprzęt do przedszkola. Miał wyjechać dziś, ale niestety ma obsuwę i wyruszy dopiero za tydzień L będzie szedł aż 6 tygodni, a po drodze są jeszcze Święta … Mam nadzieję, że zdążę odebrać osobiście tę paczkę. Trzymajcie kciuki! Dziękuję Kasi i Leśnym Skrzatom w imieniu dzieciaków z Lindy, o. Jacka, wolontariuszy i swoim!!!!!! Z niecierpliwością czekamy na przesyłkę. Macie wielkie serca! J Już planuję po powrocie wycieczkę do Sochaczewa ;) Uściskam Was osobiście!
A tak pracujemy pod czujnym okiem naszego szefa o. Jacka J Zdjęcia jego autorstwa.
Ściskam afrykańsko

Dosia 

Adam z małym pomocnikiem ;)

Beti

Justynka

Adaś

Murarz i stróż Bosa

Dosia

Wyrównywanie terenu pod dom parafialny

Przez Chińczyków ;)

Hałasują od rana do wieczora!

O. Jacek pracuje ...

... a my odpoczywamy :)

poniedziałek, 3 listopada 2014

Zaduszki

Heja J
Póki co, zrobiłam wykończenia w naszych pomieszczeniach ale skończyła się farba i czekamy na dostawę, postanowiłam więc skorzystać z okazji i coś naskrobać.

Wczoraj w Polsce obchodziliśmy Zaduszki. Wstałam rano i poszłam na msze w języku nanja. Jak zwykle nic nie zrozumiałam, ale Eucharystia była ogromnym przeżyciem J Piękne śpiewy, stroje, oprawa. Szkoda tylko, że te wszystkie zachowania są bardzo powierzchowne … Ostatnie dni uświadomiły mi, że Zambijczycy myślą bardzo prostolinijnie, nie rozumieją symboli i nie przykładają wagi do tradycji. Po mszy o. Jacek zabrał nas na pobliski „cmentarz”. Dlaczego w cudzysłowie? Sami zobaczcie (zdjęcia poniżej). Mieszkańcy Lindy nie dbają o pochówki swych najbliższych. Ich „groby” to po prostu kupy niedbale nasypanego piachu. Wszędzie w koło znajdują się śmieci. Gdyby nie prowizoryczna tabliczka informacyjna, nikt by nie pomyślał, że znajduje się na terenie nekropolii, a raczej na wysypisku śmieci. Drugiego listopada, mimo Święta, nie było na cmentarzu nikogo prócz nas! O. Jacek na Mszy starał się uświadomić wiernych, dlaczego między innymi nie śpiewają „gloria” i czemu ma on na sobie fioletowy ornat, a także zachęcał do odwiedzenia bliskich zmarłych. Na próżno … Jak ksiądz z pewnymi parafianami pojechał na grób mężczyzny, który mocno zżyty był ze wspólnotą kościelną w Lindzie, nie mogli go odnaleźć. Nie pamiętali, gdzie pochowali swojego przyjaciela. To znaczy, że nie odwiedzali go od ponad pół roku od pochówku. Można by to było podciągnąć pod inną kulturę czy zwyczaje, ale to są przecież katolicy, tacy sami jak większość z nas, dlatego powinien być to ich święty obowiązek. Miejmy nadzieje, że kolejne słowa i zachęty o. Jacka zaowocują odmienną postawą. Ma on między innymi w planach zakup ziemi, na której powstałby cmentarz parafialny. Może wtedy, katolicy z Lindy, pod czujnym okiem swojego duszpasterza, będą z większym szacunkiem i dbałością odnosili się do swoich bliskich zmarłych.

Następnie pojechaliśmy na Sunday Market bo to ostatnia szansa dla Beatki i Adasia na kupienie pamiątek. Za tydzień w niedzielę wyjeżdżamy na cztery dni do Livingstonu na rafting przy Victoria Falls i do Botswany na safari (nie mogę się doczekać!), a za dwa tygodnie wylatują już do Polski
i zostajemy same z Justyną L Na szczęście nie na długo, bo ma do nas dojechać Kazik – murarz. Targowanie ze sprzedawcami się powiodło i wróciliśmy z górą pięknych souvenirów J Nawet ja się już na parę skusiłam! Bo jak kupuje się hurtowo to jest taniej :P, a Beti robiła podobne zakupy.
Po szale zakupów wybraliśmy się zobaczyć angielską katedrę w centrum Lusaki. Większość architektów wpadłaby w rozpacz, gdyby ją zobaczyła. Przypominała bardziej hangar niż świątynię … widać, że wywalili w nią mnóstwo kasy, a niestety zamiast wzbudzać zachwyt, straszny jak zresztą większość budowli w stolicy … ale o tym w kolejnych wpisach;) Przy katedrze znajdowały się groby byłych arcybiskupów Lusaki, m.in. Adama Kozłowieckiego, polskiego jezuity, który posługiwał
w Zambii. Niestety na nagrobku zabrakło ostatniej literki przy nazwisku … ehhh :P 

Wracając zajechaliśmy do naszego ulubionego supermarketu Pick&Pay i zrobiliśmy zakupy spożywcze. Załapaliśmy się na koniec promocji naszej ulubionej fasolki w puszce w zalewie pomidorowej (jedynie 4.59 K – 2.30 zł). Dobry i pożywny zapychacz ;) Udało się mi także kupić wielki, cieplutki chleb (4.95 K – 2.47 zł), który chyba jak do tej pory najbardziej przypomina mi polski. I w dodatku smakuje jak graham! Naszym hitem jest także masło orzechowe (7.95 K – 4 zł). Tak jak w kraju za nim nie przepadałam, tak tutaj jest obowiązkowym, energetycznym elementem każdego mojego śniadania J

A teraz, po skończonej, ciężkiej, brudnej pracy zabieram się za jedzenie pysznego arbuza J
Ścisk,

Dosia

Cmentarz ... 

Jeden z ładniejszych nagrobków 

Wanna. WTF?!

Sunday Market :)

Zadowoleni z zakupów :)

Kozłowieck .... :P

Widok z okna samochodu na stolicę ...

Jechała przed nami cysterna z czibuku :P 

sobota, 1 listopada 2014

Chrzciny, śluby i City of Hope

Hej,

Wczoraj przed południem malowaliśmy. W zasadzie już skończyliśmy sufity i zabieramy się
w przyszłym tygodniu za malowanie ścian. Skończyliśmy pracę wcześniej, bo przygotowaliśmy obiadokolację z racji urodzin o. Jacka. Były ryby (nazwy nie pamiętam, chyba „birm” czy jakoś tak) ale najpierw trzeba było je wypatroszyć. Zrobiliśmy też kurczaka i sałatkę, był chleb razowy z Polski
i Ptasie mleczko (prezent od Kuby), choć niestety roztopione … Długo, głodni wyczekiwaliśmy Jubilata, ale miał swoje obowiązki na parafii, więc zaczęliśmy kolację dopiero o 19. Było bardzo sympatycznie i smacznie.

Dziś w Polsce Święto Wszystkich Świętych, a tu w Zambii to dzień, jak co dzień. Była oczywiście Msza św., ale Zambijczycy nie mają w zwyczaju odwiedzania grobów swych bliskich. Wybrałyśmy się z Justyną do kościoła na godzinę 8:00. Nie było na Mszy zbyt wielu wiernych. Tłum pojawił się dopiero ok. 10:30 , kiedy to podczas Mszy chrzczonych było osiemnaście osób i dwanaście par wzięło ślub.

Dużo by pisać o tych ceremoniach … na pewno miałam o nich zupełne inne wyobrażenie. Przede wszystkich odbywały się one podczas Mszy św. z dnia, a dziś jest przecież Święto. Po wejściu do kościoła, w pierwszych rzędach dało się zauważyć ludzi, ubranych bardziej elegancko od pozostałych. Nie były to jednak białe suknie i garnitury … przeważnie kobiety ubrane były w fioletowe sukienki, a ramiona okrywały sobie cienkim tiulem. Niektóre Panie miały niecodzienne fryzury i makijaże, a nawet pomalowane paznokcie pod kolor kreacji. Panowie zaś mieli na sobie krawaty i koszule pod kolor sukienek swoich Pań. Zdarzały się także marynarki, choć współczułam im występować w nich w taki upał. Zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn buty nie odgrywały większej roli. Jeden Pan ubrał nawet adidasy …. (zdjęcie poniżej).

Wiele z par, które przystępowały do sakramentu małżeństwa chrzciły także swoje dzieci. Zdecydowana większość z nich była już duża (między 4-7 lat). W miarę możliwości ubrane były w białe stroje i wyglądały schludnie. Zafascynowała mnie kobieta o imieniu Patrizia, która przyjęła dziś sakrament chrztu, bierzmowania, małżeństwa, komunii i dodatkowo ochrzciła swojego synka! Widać było po niej lekkie zdenerwowanie.

Mam jednak wrażenie, że ceremonie te odbywają się tu hurtowo i niestety wierni nie przykładają do nich zbyt wielkiej wagi. Jak to dziś określiła Beata: taka produkcja chrześcijan J Po kazaniu o. Jacka miał miejsce sakrament chrztu. Rodzice podawali dzieci z rąk do rąk, a o. Jacek polewał ich głowy wodą święconą. Było jednak na tyle ciepło, że dzieci nawet nie pisnęły, bo takie polanie wodą musiało być dla nich niezwykle przyjemne ;) Rodzice mieli ze sobą karteczki z imionami dzieci
i podawali je księdzu. Po sakramencie chrztu nastąpiło namaszczenie, a na koniec rodzice zapalili świeczki. To w zasadzie odbyło się tak jak w polskiej tradycji, tyle, że zdecydowanie szybciej.

Najciekawszą częścią mszy była jednak przysięga małżeńska. Pary i ich świadkowie ustawili się
w kolejce do ołtarza. Jedna para podchodziła do księdza, odmawiała przysięgę i uciekała na koniec kolejki. Następna kolejka kształtowała się w celu nałożenia sobie obrączek ślubnych. I tu zdziwko! Owszem, większość par miała standardowe obrączki, ale co niektórzy wręczali sobie zwykłe pierścionki lub różańce. Często się zdarzało, że Pan lub Pani młoda nie mogli wcisnąć swojemu partnerowi obrączki na palec, co wywoływało w kościele lawinę śmiechu. Łatwo było też zaobserwować, że małżonkowie w trakcie przysięgi w ogóle nie patrzyli sobie w oczy … czasem o. Jacek musiał im przypominać, żeby patrzyli na siebie, a nie na niego :P Nie było żaru uczuć, bomby emocjonalnej, uniesień i wzruszeń. Było … nijako, jak gdyby nic się nie wydarzyło. W przeciwieństwie do hucznych wesel w Polsce, tutaj bardzo często nie ma nawet rodzinnych obiadów. Pogrzeb – to jest impreza! Ślub, jak opowiadał o. Jacek jest dla nich czystą formalnością, bo żyją ze sobą po kilkanaście lat i często mają już dzieci. Naszła mnie refleksja, że trochę im współczuję …. No bo przecież, która kobieta nie marzy czasem o białej sukni? 

Po mszy wybraliśmy się do City of Hope, gdzie stacjonują wolontariusze z misji salezjańskiej. Obecnie na miejscu są trzy osiemnastoletnie Niemki i dwudziestodwuletnia Czeszka, które przyjechały do Zambii na rok. City of Hope mieści się jakieś trzy km od Lindy i postanowiliśmy pokonać tę trasę lokalnym busikiem, który już na wstępie odstrasza. Nie było jednak tak źle. Kierowca załadował nas w osiemnaście osób i odjechał. Za trzy kilometrową trasę zapłaciliśmy 10 K za trzy osoby. Było wesoło, duszno i dość cuchnąco :P Kiedy dojechaliśmy na miejsce, dziewczyny oprowadziły nas po wielkim terenie, który zajmują salezjanie. Jest tam cudownie! Jest nowo wybudowana szkoła, piękne ogrody, sierociniec dla dziewcząt i domy mieszkalne. Dużo rozmawialiśmy o naszych planach na przyszłość, afrykańskich wrażeniach, naszych państwach i kulturach. Swoją drogą, śmiesznie się złożyło, że spotkało się w Zambii trzech sąsiadów. Jak w kawale o Niemcu, Czechu i Polaku :P Później przyłączyły się do nas dzieciaki, których rodziny mieszkają na terenie City of Hope. Były bardzo kontaktowe i świetnie mówiły po angielsku. Jeden z chłopców upodobał sobie aparat Adama i na okrągło pstrykał nam zdjęcia. Swoją drogą, nieźle mu to wychodziło! Rozmawiałam także z mamą jednej z dziewczynek, która ciągle do mnie przychodziła, siadała na kolana i się przytulała. Kobieta ta, opowiedziała mi, że mąż ją zostawił, są w separacji i samotnie wychowuje trójkę dzieci. Mimo ciężkiej sytuacji, z jakiej mi się zwierzała, uśmiech nie znikał jej z twarzy J Zrobiła na mnie wielkie wrażenie!

Czas w City of Hope minął niewiadomo kiedy … nim się zorientowaliśmy było już po 17 i powoli robiło się ciemno. Złapaliśmy ponownie busika i wróciliśmy do Lindy. Po drodze zaszliśmy do piekarni, gdzie kupiliśmy świeżutkiego mącznego krokodylaJ Kolację miałam więc z głowy.

Udanej niedzieli,

Dosia 


Mali kandydaci do Chrztu

Patrizia z synkiem

Dyrektor szkoły jako ojciec chrzestny

"Ja Ciebie chrzczę ..."

I już po ... 

Kolejka do ślubu

ślubne obuwie

Ślub Patrizi 

Fioletowi Państwo Młodzi

"Przyjmij tę obrączkę..."

Stylówka ślubna

Podczas jazdy busikiem :)

Z wolontariuszkami z Niemiec i Czech

Selfie mojej zambijskiej koleżanki :)