czwartek, 23 października 2014

Pierwszy tydzień w Zambii :)

Hej,
Wczoraj minął tydzień odkąd jestem na Czarnym Lądzie. Czas mija tu bardzo szybko bo od rana do wieczora jestem czymś zajęta. O. Jacek nie pozwala nam się nudzić, chce jak najwięcej nam pokazać.

Od rana malowaliśmy, a po południu wybraliśmy się do centrum. W godzinie szczytu tak jak w europejskich miastach są gigantyczne korki. Jest to szansa zarobku dla miejscowych handlarzy, którzy sprzedają wszystko! Od doładowań do telefonów, poprzez owoce kończąc na szczotkach do kibli. Są bardzo natrętni, więc jak tylko widać ich na horyzoncie trzeba blokować drzwi i zamykać okna w samochodzie.

Kobiety noszą owoce i warzywa na głowach. Kupiliśmy od jednej z nich dwa pyszne ananasy, ceny są konkurencyjne i o wszystko trzeba się targować. Kosztowały  25 kw (12.50 zł)
Byliśmy też wczoraj na zakupach w supermarkecie, gdzie już jest w pełni świątecznie! W takim miejscu wygląda to podwójnie komicznie :P A w Polsce już są choinki w sklepach?

Pod wieczór odwiedziliśmy Bogdana, znajomego o. Jacka, który mieszka w Zambii 16 lat. Próbował tu różnych biznesów ale w ostateczności produkuje wino owocowe (pospolitego bełta). Nazywa się BAWAGAN (bałagan). Nazwa wywodzi z PRLu, gdyż w tamtym okresie w Polsce również pito alkohol o takiej nazwie. Drugi trunek to ŁOBUZ, który ma etykietkę łudząco podobną do Jacka Danielsa :P Postaram się przywieść do Polski. Interes się jakoś kręci, choć te wina są bardzo tanie, ok. 16 kw (8 zł). Niezwykłe jest to, że w samej Zambii nie destylują spirytusu! Byłby to pewnie dobry biznes. Bogdan wraz ze swoją żoną Martą (węgierką, która żyje w Zambii 21 lat) przyjęli nas niezwykle gościnnie. Był grill, przekąski, sałatka no i driny z bałaganu J Mieli także cudowne psy! Jeden z nich, szczeniaczek ,leżał u mnie na kolanach przez cały czas! Było dużo śmiechu, anegdotek, dyskusji. Rozmowa z człowiekiem, który odważył się całkowicie przemienić swoje życie by zamieszkać na końcu świata jest niezwykle ubogacająca. Może uzmysłowić wiele rzeczy  i poszerzyć horyzonty. To był niezwykle miły wieczór i na pewno jeszcze go powtórzymy. Bogdan obiecał, że następnym razem zrobi pizzę bo mają wielki piec w ogrodzie.



Zmęczeni ale w szampańskich humorach pojechaliśmy na lotnisko po Kubę – architekta z Gdańska, który przyjechał do Lindy na tydzień. Poszliśmy spać ok. 1, więc dziś wstaliśmy po 9.
Mój organizm się poddał, więc od dziś zaczęłam brać antybiotyk na zapalenie zatok. Uciążliwy katar odbiera mi dobre samopoczucie, więc nie zamierzam się z nim dłużej użerać! Przyjechałam tu czerpać radość z każdego dnia, a nie chodzić z chusteczkami i ciągle smarkać. Trzymajcie kciuki, żeby leki zadziałały.

Dzisiejszy dzień spędziliśmy na malowaniu sufitów. Początkowo miałam strach przed wejściem na dość wysokie, chwiejne rusztowanie ale go przezwyciężyłam i nawet się wkręciłam :P Odnalazłam
w sobie zadatki na malarza pokojowego J  Szkoda tylko, że tak ciężko się z tej farby domyć.
Jutro w Lusace wielkie święto! 50 lat odzyskania niepodległości przez Zambię. W całym mieście wiszą plakaty i flagi, mieszkańcy przygotowują koncerty i różne eventy, także weekend zapowiada się ciekawie. Postaram się w miarę na bieżąco zdawać relację.

Przykładem kolegi Adasia zamierzam wypożyczyć rower , pokręcić się po okolicy i nakręcić jakieś krótkie filmiki J Po powrocie do Polski obiecuję się nimi podzielić.

Ściskam Was mocno,

Dosia


Justyna ma bałagan!

Dosia na wysokości

Jazda na pace

Mój pupilek

Coraz bliżej święta ... 

:) 



kobitki 

poniedziałek, 20 października 2014

Niedziela w Lusace :)

Heeeeeja J Siedzę sobie przed przedszkolem, wokół unosi się drażniący zapach farby, słońce grzeje jak szalone więc zrobiłam sobie przerwę. Jestem cała w zielonych plamkach od farby, a ciężko tu dostać zmywacz do paznokci więc chyba wrócę do Polski jako Shrek :P Najważniejsze jednak, że budynek nabiera kolorów, dobrze mi z myślą, że moja praca będzie cieszyć oko przez najbliższe lata.
Wczoraj była niedziela. Dla Zambijczyków jest to prawdziwe święto, na które przygotowują się cały tydzień. Tego dnia w kościele odbyły się dwie Msze, o 7:00 w języku angielskim i o 9:00 w lokalnym języku nanja. Wybraliśmy się na tę drugą, co jak się później okazało było błędem. Nie zrozumieliśmy ANI SŁOWA i trwała 2.5 h! W kościele było niezwykle duszno więc dosłownie opadaliśmy na ławki ale widzieliśmy, że nie tylko nam mieszczuchom jest ciężko. Choć momentami nudziliśmy się jak mopsy atmosfera była nieoceniona. Jeśli ktoś chce zobaczyć ŻYWY kościół zapraszam do Afryki J Tutaj radość płynie od każdego. Msza jest dla nich wspaniałym duchowym i towarzyskim przeżyciem. Ich zaangażowanie widać chociażby po wspaniałych, kolorowych strojach. Nie wiem gdzie i w jaki sposób prasują i piorą te ciuchy ale wyglądają w nich fenomenalnie! Jedni ubierają tradycyjne, świąteczne stroje, a drudzy po prostu eleganckie koszule, sukienki. Trzeba przyznać, że niektórzy wyglądają bardzo europejsko. Najbardziej podoba mi się strój panów kościelnych (taki odpowiednik serpen fidelis :P). Niebieskie garnitury i czerwone krawaty. Niestety nie wzięliśmy ze sobą aparatu ale przede mną jeszcze wiele niedziel więc zdążę się z Wami podzielić zdjęciami J
Najbardziej jednak podobały mi się śpiewy. Dostałam propozycję, żeby za tydzień zaśpiewać psalm i nauczyć dzieciaków polskich piosenek. Tak jak dla mnie niesamowitą atrakcją jest ich śpiew i muzyka tak dla nich europejska harmonia jest oryginalna. Nie wiem jednak czy się odważę bo przy ich głosach można popaść w kompleksy :P Do tego niesamowicie się ruszają! Dancehall przy tym to pikuś (i to w kościele!) Normalnie bioderka i nogi same chodzą. Nie dość, że te piosenki są typowo afrykańskie i mają niesamowitą energię to są przy tym niezwykle długie …. I to chyba jedyna ich wada ;) Za tydzień postaram się dokładniej opisać poszczególne obrzędy bo różnią się od naszych polskich. Ponoć do końca roku ma być odprawionych szesnaście ślubów w tym jeden za tydzień więc może być ciekawie J Oczywiście każda nasza styczność z mieszkańcami łączy się z uśmiechem, podaniem dłoni i zagajeniem „how are you sister?” Bardzo to miłe i chyba mi się nie znudzi J

Po Mszy, dość zmęczeni, wyruszyliśmy na Sunday Market w centrum Lusaki. Co niedziele na targ zjeżdżają się handlarze by sprzedawać swoje wyroby. Dla mnie, mimo upału, był to istny raj! Tysiące figurek, dzbanków, misek, biżuterii, kiecek, chust, toreb, bębnów, obrazów i wiele wiele innych etnicznych przedmiotów. Mimo, że pewnie jeszcze zagoszczę tam nie raz już kupiłam parę prezentów J Kto mnie zna, to wie, że ciężko mi się jest pilnować w takich miejscach. To wszystko jest tak piękne! Nie ma konkretnych cen, z każdym sprzedawcą trzeba się targować. Np. Albert kupił zarąbisty bęben za 60 kwacha co na polskie wychodzi tylko 30 zł! Myślę, że w Polsce spokojnie na Jarmarku Dominikańskim kupiłabym go za 300 zł. Swoją drogą to czysty biznes sprowadzać z Zambii takie gadżety i sprzedawać je u nas. Obiecuję przy następnej wizycie na targu robić mnóstwo zdjęć J
Po godzinie 17 o. Jacek odebrał nas z shoppingu. Był z nim także o. Janusz – werbista, który od niedawna posługuje w innej archidiecezji zambijskiej, 120 km od Lusaki. Wcześniej stacjonował
w Botswanie i na Filipinach. Wspólnie udaliśmy się do pobliskiego pubu, w którym czuliśmy się dość nieswojo (europejsko :P) Mimo tego rozmowy o życiu przy piwku uważam za udane J

Niestety jutro opuszcza nas Albert, który przyjechał tylko na tydzień. Na dniach ma przyjechać Kuba – architekt, ziomek z Gdańska. Niestety też tylko na tydzień.
Afryka daje się nam we znaki. Ja dochodzę do siebie choć mam okropną chrypę i ciężko mnie zrozumieć. Katar już nie męczy tak jak wcześniej. Niestety atakują nas rewolucje żołądkowe spowodowane miejscowym jedzeniem i mocnym słońcem. Trzymajcie za nas kciuki! Szkoda by było marnować wyjazd na leżenie w łóżku J
Dziś w końcu dostaliśmy kuchenkę gazową więc na bogato J

Ściskam Wam mocno,
Dosia



 
Popo = papaja 

klinika

warzywniak

nasze dzieciaczki z Lindy

jedna z tutejszych dziecięcych rozrywek 

przy studni 

nasz kościół

malujemy plac zabaw

sobota, 18 października 2014

Problemy techniczne i wielka radość :)

Hej Kochani,
Cieszę się, że podobają się Wam moje relacje. Ciężko jest to wszystko opisać słowami ale staram się
Zrodziły się pierwsze problemy. Przede wszystkim jak już wcześniej pisałam Internet jest bardzo drogi i tylko dziś po jednym dniu korzystania zużyliśmy 1/3 transferu Będzie więc ciężko …. Liczyłam na to, że będę mogła rozmawiać z najbliższymi przez Skype i często wrzucać zdjęcia ale niestety, a propo fotek też pojawił się problem. W samolocie rozładował mi się aparat (choć był na maxa naładowany)
i teraz mam zacięty obiektyw, ciągle wyświetla mi się komunikat, że mam włączyć i wyłączyć zasilanie ale nie pomaga Póki co, mamy trzy aparaty ale co będzie jak pozostali wyjadą?! Może uda się go naprawić gdzieś w Lusace ale skoro mają problem z usunięciem simlocka to pewnie tym bardziej nie naprawią aparatu Trzymajcie kciuki, żeby opuściły mnie problemy techniczne oraz żebym wyzdrowiała bo póki co mam stan podgorączkowy, „żyletkę” w gardle i potężny katar! Ale te niedogodności nie są w stanie zabrać mi całej radości jaka płynie z tego wyjazdu!!!!!!
Chodzimy spać wcześnie, wstajemy nad ranem i zabieramy się do pracy Wczoraj malowaliśmy przedszkole (okna, framugi, drzwi), a dziś plac zabaw i choć brudna to robota to bardzo wdzięczna. W ramach przerwy (ciężko pracuje się w takim upale bez żadnego cienia) wybraliśmy się do Lindy. Dzieciaki są niesamowite. Łapały nas za ręce, dotykały ( uwielbiają delikatną skórę białych)
i nie odstępowały na krok! Kupiliśmy u lokalnych sprzedawców pomidory, cebulę i inne nieznane nam owoce i warzywa, które nie zawsze nam smakowały. Czas płynie tu bardzo spokojnie. Dzień jest krótki bo słońce zachodzi już o 18. Mimo tego, ciągle jest głośno, wszędzie słychać muzykę i bawiące się dzieci.
To przerażające, że w naszych czasach ludzie żyją w takiej skrajnej biedzie… bez prądu, pralek, wody. Aż wstyd mi, że tak się denerwuję na brak Internetu … Mieszkańcy Lindy są niezwykle pogodni , beztroscy i niewiele potrzeba im do szczęścia. Chciałabym się od nich tego nauczyć
Dziś sobota więc w Lindzie jest święto! Wszędzie słychać muzykę i śpiew
Dobra i zgrana z nas ekipa mimo małych zgrzytów W wolnych chwilach gramy w planszówki
i zwijamy się ze śmiechu
Chciałabym napisać więcej ale Internet mnie ogranicza ….
A na koniec jako potwierdzenie, że jestem na drugiej półkuli: WODA W ZLEWIE KRĘCI SIĘ W DRUGĄ STRONĘ
Ściskam,
zakichana Dosia
:)


Mecz ligowy

pozujemy

a w tle przeprowadzka ;)

fryzjer

mamy z Zambii swojego Dreama :)

tak mieszkamy

malowanie :)

rozdajemy dzieciakom pierścionki




piątek, 17 października 2014

Jestem w raju :)

Hej Kochani! Piszę dopiero teraz bo na miejscu mieliśmy problem z Internetem.  Jest bardzo drogi
i wcale nie śmiga tak szybko jak wszyscy myśleliśmy ale jesteśmy w Afryce, a tu wszystko się może zdarzyć J

Lot choć długi przebiegł bardzo spokojnie i bezpiecznie. Lądowanie mieliśmy miękkie, obsługę bardzo miłą, dobre jedzenie, piękne widoki,a przesiadki dość sprawne. Poirytowałam się jedynie pod koniec podróży bo mieliśmy niespodziewane międzylądowanie w Harare (Zimbabwe) żeby zabrać kolejnych pasażerów i zatankować.  Jednak z powodu jakiś problemów technicznych z oprogramowaniem musieliśmy czekać w samolocie ponad półtorej godziny, tak więc na miejsce, do Lusaki dotarliśmy
z godzinnym opóźnieniem.
Od razu po wysiadce z samolotu buchnęło gorącem! Było 36 stopni w cieniu. Lotnisko w Lusace jest malutkie i przypomina wyglądem gdański PKS (serio!). Kolejki po wizy były dość spore ale dostaliśmy je bez problemu. Nasze bagaże na szczęście też dotarły szczęśliwie! Wraz z Beatą, Adamem i Justyną próbując uciec od natrętnych taksówkarzy i tragarzy próbowaliśmy skryć się w cieniu by poczekać na ostatniego uczestnika wyprawy – Alberta (człowiek z Trójmiasta! :D) ale niestety na próżno. Gdy byliśmy już w komplecie przyjechał po nas o. Jacek Gniadek – proboszcz parafii w Lindzie, w której stacjonujemy oraz dyrektor przedszkola, które będziemy malować. Jest werbistą i od 20 lat posługuje w Afryce. Załadowaliśmy bagaże na toyote typu pick’up i ruszyliśmy. Z dziewczynami usiadłyśmy na pace, wiatr wiał nam we włosy i zostawialiśmy za sobą piękne, afrykańskie zachodzące słońce – taki obraz widziałam dotychczas tylko we snach J Poczułam, że to wszystko dzieję się naprawdę!
Mijaliśmy po drodze ludzi, którzy z uśmiechem się nam przypatrywali. Najbardziej rozbrajają mnie kobiety, które noszą na głowach ciężkie kosze, najczęściej z owocami. NIEWIARYGODNE! Przejeżdżając przez centrum Lusaki przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Wszędzie fruwają śmieci,
a stragany zrobione są z … kartonów. Słowami nie da się tego opisać ale ma to swój urok!
Po zrobieniu małych zakupów w centrum handlowym dotarliśmy do Lindy – dzielnicy Lusaki. Nie ma do niej asfaltowej drogi. Jedzie się po strasznych wertepach, od których przewraca się w żołądku :D Po wjeździe do Lindy dopiero zaczyna się prawdziwa Afryka! Mam nadzieję, że dane mi będzie wrzucać jak najwięcej zdjęć bo nie da się tego ująć w słowa J Póki co, mam problem z aparatem …
w trakcie lotu nie wiedzieć czemu zaciął mi się obiektywL Na szczęście prawie wszyscy z naszej ekipy mają aparaty więc fotek będzie pod dostatkiem!

Nasz „dom” czyli pomieszczenie dla wolontariuszy, dopiero z naszym przyjazdem zostało oddane do użytku. Nie było więc tu nic oprócz materaców, pryszniców, zlewów i toalety. Ojciec Jacek skołował nam lodówkę, czajnik i palnik więc było łatwiej :) Wypiliśmy inauguracyjne piwko, zjedliśmy polskie kiełbasy i poszliśmy spać.

O 6:30 wybrałyśmy się z Justyną na Mszę św., którą odprawiał o. Jacek. Początkowo w kościele
w pierwszych rzędach siedziały same kobiety. Były przepięknie, kolorowo ubrane! Jednak dopiero gdy zaczęły śpiewać przeżyłam totalną ekstazę! Widać i słychać było, że śpiewają spontanicznie, od serca, brzmiało to tak jakby ćwiczyły codziennie po parę godzin. Prze-pię-knie!
Po Mszy wybraliśmy się na zakupy. Postanowiliśmy głównie z zebranych przeze mnie pieniędzy, zakupić najpotrzebniejsze rzeczy: pościele, prześcieradła, szafki, garnki, sztućce, miski, ściereczki, haczyki itd. Przed wizytą w sklepie odwiedziliśmy kawiarnię, w której ponoć jest najlepsza kawa
w Lusace. Była pyszna i w przystępnej cenie J Wymieniliśmy dolary na lokalne kwachy. Można jednak wymieniać tylko tysiąc dolarów i to w dodatku trzeba mieć przy sobie paszport. Beata z Albertem poszli do banku (w kantorze nie mieli takiej kwoty :P), a reszta poszła wraz z ojcem ogarniać zakup Internetu i kart do telefonów. Trochę była z tym maniana … A teraz uwaga: większość moich znajomych nie uwierzy ale zostałam oficjalnym skarbnikiem wyjazdu :D  Póki co, radzę sobie J

Ponieważ nie zdołaliśmy zakupić wszystkiego, czego potrzebowaliśmy, odwiedziliśmy kolejny, wielki supermarket i tam dokupiliśmy resztę rzeczy.  Najdroższy ale też najbardziej praktyczny był zakup turystycznej szafki z pięcioma półkami i wieloma kieszonkami. Wraz z Justyną i Beatą mogłyśmy się całkowicie wypakować i poczuć jak w domu J

Wracając do Lindy, zajechaliśmy do pięknego hotelu z basenem i pubem. Wypiliśmy piwko
i poczuliśmy trochę luksusu. I choć było tam pięknie to zdecydowanie bardziej odpowiada mi typowo dziki, afrykański klimat J Kiedy wjeżdżaliśmy na pace do naszej dzielnicy, dzieci machały nam i krzyczały „muzumbu” co oznacza „biały człowiek”. Poczuliśmy się jak gwiazdy i lokalna atrakcja :P
Jestem tu dzień, a już jestem w tym miejscu zakochana!

Po całym organizacyjnym dniu, wróciliśmy do domu by go urządzić. Zrobiliśmy przemeblowanie, wielkie sprzątanie i w tej chwili jest tu cudnie J
Mega się rozpisałam, a to i tak tylko szczątkowe informacje. Niestety ze względu na problemy z Internetem nie obiecuję, że będę pisać codziennie ale postaram się!

Jestem szczęśliwa, czuję się dobrze J Jedynie od kurzu i suchego powietrza mam zapchany nos i ciągle kicham, a od darcia się podczas jazdy na pace rozbolało mnie gardło :P Na szczęście jest z nami pielęgniarka ;)
Ekipa jest super! Nieustannie boli mnie brzuch ze śmiechu J

To by było na tyle,
ślę afrykańskie całusy, 
Wasza Dosia


Ethiopian airlines :)

Afryka!

Lusaka z lotu ptaka

lotnisko PKS

Integracja :) 

niedziela, 12 października 2014

Ostatnie przygotowania

No i powolutku ostatni weekend w Gdańsku w tym roku dobiega końca....
To był cudowny czas.
W sobotę szybki grill w Tuchomku na działce u mojej przyjaciółki. Nieocenieni znajomi przygotowali mi niespodziankę! Dwanaście balonów, a w każdym z nich jakieś życzenie np.: niezapomnianych afrykańskich zachodów słońca, mało tęsknoty i dużo radości, miłości silniejszej niż tysiące kilometrów itd. Wow! Jesteście Kochani :) Oczywiście nie byłabym sobą gdybym się nie wzruszyła :P

O 19:00 na gdańskim Chełmie odbył się różaniec i koncert uwielbienia zespołu Selah. Jestem ogromnie wdzięczna za wspólną modlitwę i masę ciepłych słów, które usłyszałam, często od obcych mi osób Zespół oczywiście pięknie śpiewał, grał i prowadził koncert. Wyzwolił we mnie takie emocje, że na koniec poryczałam się jak głupia i nie mogłam z siebie nic wykrzesać, prócz słowa DZIĘKUJĘ. Bardzo ciężko jest wyrazić słowami jak bardzo jestem wdzięczna wszystkim za uśmiechy, wsparcie, modlitwę, ofiarę. I jak tu nie wierzyć w dobroć?! Oprócz wsparcia duchowego otrzymałam także wsparcie finansowe. Podczas koncertu udało się uzbierać 600 zł :)

Po koncercie odwiedziliśmy naszych znajomych Kasię i Marcina. Bardzo chciałam przed wyjazdem zobaczyć ich małego synka Franka :) Spał słodko jak aniołek, a my mieliśmy szansę sobie troszkę porozmawiać. Pozdrawiam Państwa Mierzwińskich!

Pobudka o 5:45. Wyjeżdżamy do Żelistrzewa, małego miasteczka pod Puckiem. Zostałam przyjęta niezwykle miło. Wspólnie z księżmi zjedliśmy śniadanie, a pomiędzy mszami udało nam się pozwiedzać okolicę. Dotarliśmy do Rzucewa, gdzie znajduje się piękny, malowniczy zamek oraz urocza plaża. Polska jesień nigdy wcześniej nie wydawała mi się tak piękna! O 11:30 mieliśmy ostatnią Mszę. Parafianie nie zawiedli i w ciągu trzech Mszy udało się uzbierać ponad 2 tysiące złotych !!!!!!!!!! Dziękuję proboszczowi za gościnę i możliwość przeprowadzenia zbiórki. Na pewno wrócę do Żelistrzewa w styczniu :)

Po zbiórce wybraliśmy się do Gdyni na ulubioną włoską pizzę do Mąki i kawy - polecam! Poszlajaliśmy się po mieście i przysiedliśmy w miłej kawiarence Cafe Anioł. Tak opiliśmy się herbatą i objedliśmy szarlotką, że nie byliśmy w stanie się ruszyć ale w sumie przez najbliższe trzy miesiące nie będziemy mieli okazji tak spędzić czasu więc warto było.

Dziękuję mojemu Jackowi za wsparcie, pomoc i nieustanną obecność. Dzielnie znosił moje postrzelone pomysły, kaprysy, płacze i zawirowania. Póki co, nie wyobrażam sobie wytrzymać bez Niego tych trzech miesięcy ... nadal to do mnie nie dociera. Mam go jednak głęboko w sercu i ufam, że nasza miłość jest większa niż liczba kilometrów, a obliczyliśmy, że z terenu parafii w Lindzie do domu Jacka jest 7822,5 km :P

A teraz uciekam dalej się pakować i ważyć bagaż :)

Jutro odwiedziny u babć i dziadków i o 17:30 ruszamy z Jackiem Polskim Busem do Warszawy.
Przygodę czas zacząć :)

Ściskam i dziękuję,
Dosia
Balony z życzeniami

Wspaniały zespół Selah
Była moc!

Pani Jesień :) 

Z najlepszym mężczyzną pod słońcem :) 

piątek, 10 października 2014

Intensywny weekend. 2 dni!

Witajcie,
narastające emocje nie pozwalają mi spać więc pomyślałam, że coś skrobnę.

Wczoraj był piękny, wzruszający wieczór. W gronie najbliższych wypiłam pożegnalne piwko, usłyszałam wiele pokrzepiających słów, dostałam piękne pamiątki, które będą mi przypominać, że w Gdańsku czekają na mnie najlepsi :) Dziękuję Wam, to dla mnie niezwykle ważne!

Szykuje się intensywny weekend. Dziś o 19:00 zespół Selah gra koncert uwielbienia połączony ze zbiórką pieniędzy, choć przede wszystkim liczę na wsparcie duchowe. Wierzę, że będzie pięknie
i refleksyjnie bo bardzo przyda mi się takie wyciszenie przed wyjazdem. Kto jest z Gdańska lub okolic niech przyjdzie - zapraszam serdecznie :) Gdańsk-Chełm Parafia św. Urszuli Ledóchowskiej, godzina 19!

Jutro z samego rana wyruszamy z Jackiem do Żelistrzewa koło Pucka. Tam również na czterech Mszach będziemy zbierać pieniądze, aby wesprzeć zambijskie dzieciaki. Mam nadzieję, że kwesta będzie równie owocna jak dwie poprzednie. Oczywiście zdam relację ;)

Jeszcze dziś przed koncertem odwiedzę moją przyjaciółkę Gosię na działce za Gdańskiem. Będzie grill i pożegnanie w kameralnym gronie. Mam ogromny sentyment do tego miejsca, gdyż od pięciu lat regularnie goszczę tam w wakacje.

Kasia, nauczycielka z przedszkola Leśne Skrzaty, wysłała mi zdjęcia dzieciaków, które przygotowują akcję Afrykański plecak. Dzięki zbiórce przyborów szkolnych dzieci z Lusaki będą miały dobry start :) Uśmiechy leśnych skrzatów mówią same za siebie :) Jesteście suuuuuuper!

A tymczasem słońce już wstaje więc czas napierać,
dobrego dnia,
Dosia

Prezenty :)

Leśne skrzaty mają wielkie serca!

Pełne zaangażowanie. Jestem pod wrażeniem!


czwartek, 9 października 2014

Największą trudnością jest tęsknota

Wiem, że dla niektórych może to się wydawać śmieszne bo trzy miesiące zlecą tak szybko, że nawet nie zdążę się zorientować kiedy. Wiem także, że jeszcze pewnie będę płakać jak będę wyjeżdżać z tej Afryki ale na razie, nie boję się tego, co zastanę na miejscu: upałów, robactwa, drożyzny itd. Jedynym problemem jest tęsknota, a kto mnie zna ten wie, jak potrafię być sentymentalna i wrażliwa.

Pierwszą łezkę uroniłam dziś, jak żegnałam się z Zuzią i Adasiem - siostrzenicą i bratankiem, moim chrześniakiem. Idąc na autobus, po prostu nie mogłam powstrzymać się od płaczu, a wiem, że to dopiero początek pożegnań ...

Niezwykle wzruszające było dla mnie także spotkanie z Olą, moją kumpelą z ławki z podstawówki
i gimnazjum. Parę miesięcy temu, po wielu latach, odświeżyłyśmy znajomość i dostałam wczoraj od niej niezwykły prezent (fotka poniżej). Piękny kluczyk, abym zawsze pamiętała o tym, że tu jest mój dom i muszę do niego szybko wrócić. Dziękuję Ocia, będę pamiętać :)

Dziękuję także za miły wieczór, gościnę, cydr, przenocowanie i pogaduchy z Anią i Elą, z którymi również dawno się nie widziałam :)

Dziś dalszy ciąg prasowania, pakowania, kupowania ostatnich rzeczy i planowania jak zapakować się w 23 kg na trzy miesiące.

Wieczorem kolejne spotkanie, tym razem z moimi kulturoznawczyniami :) Nie miałyśmy jeszcze okazji opić swoich magisterek, więc choć na chwilę uda mi się zapomnieć o tym, że już za 5 dni wylot.

Ściskam,
Dosia

Kochane Szkraby :) 

Prezent od Oli :)