środa, 19 listopada 2014

Twisty, szkoła i zambijskie ceny!


 Heja!
Dzieje się J W ramach asymilacji i wygody zrobiłam sobie twisty na głowie! Trwało to od rana do wieczora, 12 h, ale nie żałuję. Moimi włosami zajęły się dwie przyjaciółki Linda (z Lindy :P)
i Charitty. Przez cały ten czas zdążyłyśmy przegadać wiele tematów. Sporządziłam m.in. mini słowniczek nanja J Np. pocz – banan, nanazi – ananas, mans – woda, ndwie munzanga – mój przyjaciel, zingat – ile kosztuje?, zikomo – dziękuję, mukale błeno – miłego dnia itd. Teraz możecie szpanować! :P Dziewczyny próbowały gorące kubki Knorra z Polski – zupa serowa z grzankami bardzo im smakowała :D Pokazywałam im zdjęcia mojej rodziny i przyjaciół. One także pochwaliły się fotkami mężów i dzieci. Śpiewały mi świąteczne piosenki w języku nanja, a ja polskie kolędy. Dowiedziałam się mnóstwo o tradycyjnych potrawach. I choć spędziłam cały dzień na tyłku, siedząc na podłodze, było świetnie! Czas minął bardzo szybko na rozmowach. Od 16:00 nie mieliśmy wody
i prądu, więc na koniec Charitty podświetlała moje włosy latarką, a Linda je plotła. Siedziałyśmy na dworzu, bo tam dochodziły jeszcze ostatki słońca, a do pomieszczenia już nie. Było zabawnie i dość zimno. Od dwóch dni jest pochmurno, a my już tęsknimy za gorącem i słonkiem! Dacie wiarę, że zapłaciłam za robociznę 100 K (50zł), a za pasma włosów 50 K (25zł)?! Aż mi było głupio jej tak mało płacić, ale o. Jacek mnie uświadomił, że dla nich to bardzo dużo.

W nocy przyleciał Marcin. Znowu chłopak z Pomorza! Mimo iż od pięciu lat mieszka we Francji to pochodzi ze Starogardu Gdańskiego. Jest stolarzem, więc będzie miał tu sporo roboty.

W środę pierwszy raz odwiedziłam szkołę w Chilandze. Egzaminowałam dzieci z wiedzy religijnej
i sprawdzałam im literki w zeszycie. Byłam z nimi 8h J Pomagałam Lumbie – ich nauczycielce. Dzieciaki są bardzo zaangażowane, świetnie mówią po angielsku, choć czasem ciężko je zrozumieć. Mam nadzieję, że się przyzwyczaję ;) Są bardzo głośne, łeb czasem pękał :D trudno ogarnąć tak wielką gromadkę dzieci (36 osób), zwłaszcza tak żywych. Są jednak bardzo kochane i jak się do mnie przykleiły to już nie chciały się odkleić.  Mają dwie przerwy na jedzenie, śniadanie i lunch. Po lunchu mają przerwę i śpią na ławkach przez godzinę. Wyglądają wtedy jak aniołki J. Zjadłam też pyszny lunch z siostrami, próbowałam szimy (tradycyjna, zambijska, kukurydziana papka, przez którą tak tyją).  Średnio mi podpasowała ale na pewno jest smaczniejsza niż czibuku! Zjadłam też jakieś tutejsze rybki, coś w rodzaju szprotek. Nawet dobre J. Fotki ze szkoły zamieszczę innym razem, bo dziś nie zabrałam ze sobą aparatu.

Po powrocie z Chilangi wybraliśmy się na zakupy do Lindy. Siostry pożyczyły nam jeden rower, niby nowy, ale wymagał naprawy, więc wybraliśmy się do dr Bike. Tutaj na wszystko mówi się doctor … wash doctor, shoes doctor itd. Za usługę zapłaciliśmy 25 K (12.50 zł) + czibuku :D. Jeju, jak oni mogą to pić?! Na rynku udało się nam kupić świeży imbir (za 2K - 1zł). Ciężko tu o masło …. Potrzebujemy do bloku czekoladowego, bo Marcin przywiózł kakao, ale jest drogie (20 K – 10 zł). Generalnie jedzenie jest tu drogie, więc mamy mało urozmaiconą dietę…ale spoko! Głodna nie chodzę J Kolega z Francji przywiózł nam ser żółty, więc jesteśmy w siódmym niebie! Tutaj jest to towar luksusowy, bo kosztuje ok. 200 K (100zł) .

Jutro wybieram się na zakupy do Lusaki J Chcę kupić słowniki, kolorowe brystole i kredki do szkoły Johna. Mam w planach kupić też tani rower żeby dojeżdżać do Chilangi. Później zostawię go do dyspozycji dla innych wolontariuszy ;).
Na razie to tyle! 
Dosia

Pleciemy nie tylko włosy :)

Hard work!

Selvie :)

Może kurczaczka?

Toaleta publiczna w Lindzie

Pierwszy spacer Marcina po Lindzie

Dzieje się!

poniedziałek, 17 listopada 2014

Nowy etap w zambijskiej misji :)

Heeeeej J
Pięknie zaczął się kolejny afrykański tydzień! Po pierwsze mój aparat ożył J, więc będę Was zasypywać jeszcze większą ilością zdjęć. Rano odwiedził mnie Tabson, chłopak z City of Hope. Pogadaliśmy i odprowadził mnie do prywatnej szkoły Johna Musondy. Miałam swojego bodyguarda ;) Nosił mi plecak i nie pozwalał by miejscowi mnie zaczepiali bo niektórzy naprawdę są nachalni. Widzą muzungu i palma im odbija. Po drodze natknęliśmy się na garstkę dzieciaków, które nie odpuściłyby mi, gdybym nie zrobiła sobie z nimi zdjęcia J Były urocze! Wraz z Tabsonem odprowadzili mnie pod samą bramę szkoły.
Poszłam do gabinetu dyrektora i złożyłam mu następującą propozycję J Dzieciaki za miesiąc kończą szkołę, więc mają teraz spore luzy. Przeważnie uczą się do egzaminów końcowych. Pomyślałam więc, że wśród młodszych dzieciaków mogłabym zorganizować konkurs plastyczny na zambijską laurkę ;) Dzieci z Lindy zrobiłyby rysunki przedstawiające afrykańskie zwierzęta, krajobrazy, ludzi, a ja przekazałabym je dzieciom z sochaczewskiego przedszkola ;) Myślę, że taka wymiana zaowocowałaby piękną współpracą na przyszłość. Może nawiązałyby się jakieś międzykulturowe przyjaźnie? J Jeśli się uda, jeszcze w tym tygodniu wybiorę się na zakupy po kolorowe brystole i kredki, a to wszystko dzięki Waszej hojności ;) Szkoła Johna bardzo dobrze prosperuje, zatrudnia dobrą kadrę i osiąga świetne wyniki ale niestety brakuje im tu materiałów dydaktycznych i różnych niezbędnych przyrządów. Przywiozłam z Polski parę pokserowanych angielskich książek dla dzieci i przekazałam podręczniki w wersji elektronicznej dla starszych uczniów na pendrive. John ma tu drukarkę, więc jeśli dysponujecie jakimiś materiałami w języku angielskim typu podręczniki, bajki, słowniki, możecie mi podsyłać na maila, a ja przekaże je dyrektorowi. Mój mail: doska.blaz@gmail.com lub zwracajcie się bezpośrednio do Johna. Zapraszam na stronę internetową szkoły: mujosky.wordpress.com. Miałam okazję uczestniczyć także przez chwilę w lekcji dla baby class i naprawdę nauczanie jest tu na wysokim poziomie. Zaczęłam też w wolnych chwilach ostro szlifować angielski J Motywacja jest ogromna!
Jestem bardzo szczęśliwa bo po miesiącu malowania przedszkola w końcu mogłam zobaczyć ludzi, a nie tylko ściany ;) Dopiero teraz zaczynam czuć prawdziwą Afrykę, którą tworzą przecież właśnie ludzie. Rozpoczynam więc nowy etap mojej zambijskiej misji J I’m soooo excited !!!!!!!
Buzia,
Dosia


W drodze do szkoły :)

"And now stupid smile!"

Machamy i pozdrawiamy z Lindy ;)

Dzieciaczki w swoich ślicznych mundurkach

Baby class uczy się głosek

Dziewczynki grzecznie słuchają

Chłopcy również :)














niedziela, 16 listopada 2014

Dzień czwarty - Victoria Falls :)

Hej,
Dziś opiszę Was ostatni dzień naszej wyprawy do Livingstone J
Zapraszam na wycieczkę na największy Wodospad Świata – Victoria Falls!

12. listopada (środa)
Wstaliśmy nad ranem, spakowaliśmy się i wyruszyliśmy na wodospady. Wstęp kosztował 20 $. Wszędzie było mnóstwo małp! Wchodziły nawet do śmietników. Przeszliśmy parę metrów ścieżką i nagle ukazał się nam wodospad Wiktorii. Widok był niesamowity, a i tak o tej porze jest najsłabszy, bo jest jeszcze mało wody. Po porze deszczowej, od stycznia do marca, wodospad ciągnie się na całej długości  i szerokości skał. Możecie zobaczyć na zdjęciach J W marcu wody jest tak dużo, że nic nie widać,  bo wszystko przykrywa mgła. Aż ciężko to sobie wyobrazić. Nad Zambezi między Zimbabwe a Zambią znajdował się nie tylko prawdziwy most łączący oba kraje, ale także ten tęczowy ;) Chodziliśmy także po skalnych terenach, na które w zasadzie wstęp jest wzbroniony ale o. Jacek nas po nich oprowadził. W innych porach roku te tereny są całkowicie pod wodą, więc mieliśmy niepowtarzalną okazję na nich stanąć.

Następnie pojechaliśmy na wspomniany wcześniej most (nie tęczowy!). Oprócz możliwości skoczenia na bungee kręci się tam handel. Można było kupić różne bransoletki, drewniane figurki itd. – generalnie to samo co na Sunday Markecie w Lusace. W sprzedaży były także banknoty z Zaimbabwe, które jeszcze parę lat temu były w obrocie. Ich nominały są zatrważające! 50 mld, 100 mld itd. Nie omieszkałam kupić. Pięć różnych dolarów w szalenie wysokich nominałach nabyłam za 30 K (15 zł). Zaszaleję w Polsce :D

Wycieczka była szybka, bo gonił nas czas. Na 17:00 musieliśmy być już w Lindzie. Jednakże, stwierdzam, że Victoria Falls to jedno z piękniejszych miejsc, jakie do tej pory widziałam J W drodze powrotnej zajechaliśmy także nad stary kanion, którym kiedyś płynęła rzeka. Można było przejechać sobie nad nim po linie, niestety nie było już na to czasu. Zrobiliśmy sobie też zdjęcia pod wielkim baobabem J Justyna spełniła swoje marzenie!

Ok. 11 ruszyliśmy w kierunku Lusaki. Tym razem podróżowałam w środku auta, bo po pierwsze nie chciałam się gorzej spalić, a po drugie całe sześć sporządzałam notatki z podróży, żeby nic mi później nie umknęło przy pisaniu notek dla Was J Trochę trzęsło ale dałam radę się rozczytać z moich hieroglifów ;)

Dziś z kolei mamy niedzielę. Standardowo o godzinie 7:00 wybrałyśmy się z Justyną na Mszę św.
w języku angielskim. Po 12:00 wyruszyliśmy na lotnisko, żeby pożegnać naszych wolontariuszy. Beti zostawiła nam kawiarkę <3 Dobra kobieta! Po drodze zajechaliśmy jeszcze na Sunday Market, żeby ekspresowo kupić ostatnie pamiątki. Na lotnisku wypiliśmy pyszną ice coffe za resztę dolarów Adama – dzięki dobry człowieku J. No i nadszedł czas rozłąki … pusto tu teraz bez Was w domu L W drodze powrotnej z lotniska zajechaliśmy do supermarketu po małe zakupy i spotkaliśmy znajomego o. Jacka -  Marcina. Marcin jest pilotem w zambijskich liniach lotniczych, pochodzi z Warszawy. Poszliśmy z nim do kawiarni na pogaduchy. Fantastyczny gość! Obiecał, że za tydzień wpadnie do nas na niedzielny obiad ;)

Następnie wstąpiliśmy do sióstr Boromeuszek, które posługują w Chilandze, mieście, które sąsiaduje z naszą Lindą (6 km). Siostry prowadzą tam hospicjum, przychodnię oraz przedszkole, jest także ładny kościół :) Wśród sześciorga sióstr są trzy Polki, siostra Magdalena, Sara i przełożona Jeremia . Odwiedziłyśmy hospicjum, w którym obecnie przebywa dziesięciu pacjentów. Zatrważający widok, ale pocieszające jest to, że ludzie umierają w godnych warunkach, otoczeni wielką troską i miłością. Zapytałyśmy się, czy siostry nie potrzebują naszej pomocy i oczywiście bardzo się ucieszyły z tej propozycji J We wtorek Justyna jedzie tam po raz pierwszy do kliniki i hospicjum, a ja w środę do przedszkola J Jesteśmy bardzo szczęśliwe, że będziemy mogły nieść bezpośrednią pomoc ludziom. Nie mogę się doczekać! Musimy jeszcze załatwić sobie rowery, którymi będziemy codziennie dojeżdżać do Chilangi ;) Zapowiadają się intensywne dwa miesiące, trzymajcie za nas kciuki J

Ściskam mocno,

Dosia

Ósmy cud świata 

Zambezi :)

W porze deszczowej woda leje się z tych wszystkich skał!

I to też jest wszystko pod wodą :) 

Na tle tęczowego mostu

Małpiszon w śmietniku

Takie atrakcje tylko w Livingstone! Polecam punkt 13 ;) o. Romek żartowniś :D

Kolejne marzenie Justyny odhaczone :) 

Money, money, money :) 

sobota, 15 listopada 2014

Dzień trzeci - rafting po Zambezi

Hej,
Dziś dalszy ciąg relacji J

11.listopada  (wtorek)
W Polsce obchodziliśmy święto Niepodległości, a w Zambijczycy po dwóch tygodniach pochowali swojego prezydenta. Pogrzeb odbył się na stadionie narodowym i trwał 8 godzin, ale prawie nikt nie wytrwał do końca i jak wynosili trumnę to stadion był pusty … Jego kadencja trwała cztery lata.
Ok. godziny 8 przyjechał po nas śmieszny samochód, który miał zawieźć nas na rafting. Z uśmiechem wita nas kapitan Potato – postać dnia. Po drodze zabieramy innych uczestników, są to przeważnie młodzi ludzie, też wolontariusze, z USA i Europy. Zajechaliśmy także do ekskluzywnych hoteli po dwie starsze pary. Opiekuje się nami fenomenalna i profesjonalna firma BUNDU ADVENTURES. Jadąc na miejsce startu Potato opowiada nam o okolicy. Jest to koleś po 30-stce, obdarzony niebanalnym poczuciem humoru, od 15 lat pracuje przy raftingach, ale traktuje to jako pasję, bo na co dzień uczy w podstawówce.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, usiedliśmy na drewnianych trybunach, a instruktorzy dawali nam cenne wskazówki. Następnie, przywdzialiśmy kapoki oraz kaski i ruszyliśmy w drogę, która nie była łatwa … zwłaszcza w plastikowych laczkach za 12 K :/. Zostaliśmy poinformowani, że mamy ubrać buty do wody i to takie, których nie będzie nam szkoda jak je zgubimy, bądź zniszczymy. A tutaj okazało się, że czeka na nas prawdziwa, górska przeprawa! Cały czas schodziliśmy w dół po ostrych, śliskich skałach. Ścieżki były strome i wąskie … jeden niepoprawny ruch i leeeeeecisz w przepaść :P Byliśmy w prawdziwych tropikach. Było mnóstwo roślinności, skaczących małp i wilgoci. Marzyło się o tym, by w końcu wskoczyć do wody. Niektóre zejścia były naprawdę niebezpieczne, trzeba było schodzić po szczebelkach, trzymać się lin itd. Teraz przynajmniej nie będę się bała wspinaczek górskich, bo zawsze mnie jakoś przerażały J Ale nie polecam chodzenia w japonkach! Na szczęście noga omsknęła mi się tylko raz i lekko zbiłam sobie kostkę.

Po męczącej drodze w końcu dotarliśmy do urwiska, przy których czekały na nas pontony. W naszym okręcie było 8 osób + Potato. Na początku zrobiliśmy sobie krótką rozgrzewkę i trening wiosłowania, a później wskoczyliśmy do wody by się troszkę schłodzić J Oczywiście w kapokach, bo rzeka miała
z 12 m głębokości. Była rewelacyjna! Czyściutka i ciepła. Po orzeźwieniu weszliśmy na nasz okręt
i ruszyliśmy. Ahoj przygodo! Nasz sternik zagrzewał nas do wiosłowania, instruował i opowiadał
o obiektach, które mijaliśmy. Potato to najlepszy kapitan na świecie J Z kolei widoki zapierały dech w piersiach! Dzika, rwąca rzeka, która oblewa ponad stu metrowe skały … Rafting po Zambezi należy do najlepszych na świecie. Z poziomu wody wszystko wydawało mi się jeszcze większe i piękniejsze. Cały czas płynęliśmy szerokim kanionem. Zaczęliśmy od Victoria Falls – czyli największego wodospadu świata (więcej o nim w następnym wpisie) i płynęliśmy w dół. Mieliśmy przed sobą 25 progów rzecznych – rapidów (ang.). Każdy z nich miał różny stopień trudności i nazwę, np. Oblivion, Angry Sisters and Mother, Morning Shave, Washing Machine, Toilet Splash. Za każdym razem Potato uprzedzał, co nas czeka, byliśmy więc psychicznie przygotowani na ewentualną wywrotkę. Pierwszy raz wypadliśmy chyba przy piątym rapidzie. Po wypadnięciu z pontonu jest się chwilę pod wodą, ale kapok szybko wyrzuca cię na powierzchnię. Woda jest wzburzona, pełna wirów i prądów, które cię znoszą, więc ciężko się pływa. Na pokład wciągaliśmy się nawzajem jak worki kartofli i trochę się przy tym poobijaliśmy J Często robiliśmy sobie przerwy w rejsie i wskakiwaliśmy do wody, żeby się schłodzić. Przyjemnie nas unosiła i czuliśmy się jak w przestrzeni kosmicznej. Leżeliśmy sobie swobodnie na rzece i podziwialiśmy krajobrazy, z każdej strony otaczały nas wielkie, skalne ściany. Mieliśmy też przystanek, podczas którego skakaliśmy do wody ze skał. Było super!

Mniej więcej w połowie trasy zrobiliśmy sobie przerwę na przekąski i wodę. Słońce grzało niemiłosiernie, zwłaszcza w uda i ramiona. Drugi upadek zaliczyliśmy zupełnie niespodziewanie. Ekipa z drugiego pontonu porównała nas do wyskakującego pop cornu ;) Wszystko uwiecznione jest na filmie, który kręcony był w trakcie raftingu. Ludzie z Bundu robili nam także zdjęcia i wyszły fenomenalnie! Przedostatni rapid pokonaliśmy poza pontonem. Było to w prawdzie ryzykowne ale ekscytujące ;) Po drodze widzieliśmy wygrzewającego się na składach krokodyla. Wjechaliśmy
w niego pontonem, wkurzył się i zwiał do wody i podpłynął do drugiej ekipy. Generalnie w Zambezi roi się od krokodyli więc można powiedzieć, że z nimi pływaliśmy :P Rafting trwał ponad 6 godzin,
w ciągu których zrobiliśmy 60 km. Zacumowaliśmy do dzikiej, piaszczystej plaży. Stamtąd do góry wciągnęła nas winda, przypominająca kolejkę górską. Było to miłym zaskoczeniem, bo po takiej adrenalinie i wysiłku nie chciałoby się nam wspinać o własnych nogach. Na górze czekał na nas pyszny obiad. Był kurczak, ziemniaki, surówka z kapusty i zimne piwko Mosi! Trochę wyschnęliśmy
i ruszyliśmy w drogę do domu. Mijaliśmy afrykańskie wioski – lepianki ze słomianymi dachami, bez bieżącej wody i prądu. Żałowaliśmy tylko, że nie mieliśmy aparatu, bo takie miejsca nawet w Afryce są rzadkością …

Rafting był wart swojej ceny (180$) i chętnie wybrałabym się na niego jeszcze raz! Już snujemy plany z Justyną czy może nie wybrać się ponownie w grudniu bądź styczniu ;). Po powrocie do kwatery, odświeżyliśmy się i poszliśmy na kolację do włoskiej knajpki. Tym razem zamówiłam calzone – wielką bułę z dużą ilością sera, którego brakuje mi w Zambii, z szynką i pieczarkami. Było smaczne i niedrogie. Wracając z restauracji, wraz z Adamem i Justyną odwiedziliśmy pobliski klub. Leciał w nim dancehall, więc nogi same chodziły! (Gośka, byłabyś wniebowzięta :P) Chwilę posiedzieliśmy, pooglądaliśmy lokalne kreacje dziewczyn i wróciliśmy na nocleg. Padliśmy jak muchy J Muszę powiedzieć, że rafting to chyba najbardziej hardkorowa rzecz, jaką w życiu zrobiłam! Bungee przy tym to pryszcz ;)

A tak z aktualności, to jedną salę wykończyliśmy już całkowicie. Sporo było przy tym roboty, rąk nie czuję ale efekt jest piękny! J Jest jasno i czyściutko. Dziś o 15:00, odbędzie się w tej sali pierwsze spotkanie z lokalnym przedsiębiorcą dla parafian. Zdam z niego relację ;)
Adaś i Beti już się pakują, bo jutro o 15:00 fruną do Polski. Będzie tu bez nich pusto L

Buziaki, miłego weekendu!

Dosia
P.S. Dziś mija mój pierwszy miesiąc a Afryce! :) 

Słuchamy uważnie ... 

z przerażeniem w oczach :P

Ahoj przygodo!

Most łączący Zimbabwe i Zambię. Można z niego skakać na bungee, ponad 100 m wysokości  :)

Początek rejsu 

Pokonamyyy faleeeee! 

"Pomachajcie do zdjęcia"

i sru przez fale

BUM!

Chować się kto może!

Pierwszy upadek

Za burtą

Przerwa

Dosia na dziobie :)

Walka z żywiołem ...

o przetrwanie ;) 



piątek, 14 listopada 2014

Dzień drugi - safari

10. listopada (poniedziałek)
Pobudka po 6:00, dojadamy szybko bułki z podróży i ruszamy w drogę do Botswany. Za oknem mamy piękne widoki, a w tle słychać francuskie hity o. Jacka. Granicę Botswany i Zambii wyznacza rzeka Zambezi i wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że nie ma na niej żadnego mostu, tylko kursują na niej barki :D Zanim przekroczyliśmy granicę musieliśmy dokonać formalności w urzędzie imigracyjnym. Dostaliśmy stempelek przedłużający wizę i już byliśmy w Botswanie. Dość sprawnie to wszystko poszło. Nie ma żadnych bramek … jest po prostu brzeg rzeki i kursujące z jednej na drugą stronę statki. Pływają nimi tiry, samochody osobowe i ludzie. Mimo, iż odcinek rzeki jest bardzo krótki, przeprawa jest niezwykle powolna. Kolejki tirów są przeogromne! Po nas na szczęście podjeżdża motorówka z parku Chobe i przewozi nas na drugi brzeg. W Botswanie znów czeka na nas „papierkowa robota”, nie musimy kupować wiz. Następnie, klimatyzowanym busikiem jedziemy na safari do parku Chobe. Botswana to zupełnie inny świat … jest zdecydowanie bardziej europejska. Nie ma śmieci na ulicach, jest porządek. Busem podróżujemy z dwiema siostrami z Bośni, które od ponad 20 lat mieszkają w Danii. Młodsza z nich, od kilku lat przebywa w Zambii i pracuje w fundacji, która pomaga m.in. dzieciom, których matki przebywają w więzieniu. Bośniaczki są bardzo sympatyczne.
Pierwszy przystanek mamy w przytulnej restauracji, w której to w cenie safari mieliśmy zapewnione śniadanie. Była kawka, muffiny, oponki serowe i owoce. Wszystko jest bardzo smaczne i ładnie podane. Na miejscy jest też sklep z cudownymi pamiątkami, których ceny są kosmiczne! Botswana ogólnie jest bardzo droga. Co ciekawe, jest dwa razy większa niż Polska, a ma tylko 1.5 mln mieszkańców.
Po śniadaniu, przychodzi po nas pracownik parku, który kieruje nas nad wodę. Przechodzimy ładnym, drewnianym mostem do motorówki. Jest na niej dwóch przewodników, bardzo pozytywnych i oczytanych. Mają wielką wiedzę na temat tutejszej roślinności, zwierząt i historii, a w dodatku świetnie władają angielskim. Na początek przedstawiają się nam i krótko opowiadają, co będziemy mogli zobaczyć. Ruszamy … ale niestety na środku rzeki psuje nam się silnik, tak więc zawracamy by zmienić łódź. Słońce mocno grzeje, ale na szczęście mamy daszek nad głowami i zapewnione zimne napoje. Panowie przewodnicy odpowiadają nam skrupulatnie na wszystkie pytania. Znaleźliśmy się także w miejscy, gdzie łączą się granice czterech państw: Namibii, Botswany, Angoli i Zambii. Kraje te swego czasu, kłóciły się o niewielką wysepkę, która znajduje się na terenie parku Chobe. Z naszej łódki widzimy hipopotamy, krokodyle, wielkie jaszczury i bawoły, żyrafy. Podpływaliśmy do nich bardzo blisko, robiliśmy zdjęcia, a zwierzaki w ogóle się nie płoszyły. To niesamowite zobaczyć je w ich naturalnym środowisku. Widzieliśmy także masę różnych ptaków. Na lądzie zaś, widać było gromadkę słoni wędrującą do wodopoju. CUDO! Nad wodą znajdowały się także ekskluzywne lodge, do których przyjeżdżają ludzie z całego świata, ale aż strach pomyśleć ile kosztuje w nich nocleg. Choć spędzić w takim miejscu noc poślubną – marzenie!
Trzy godziny obserwacji zwierząt na wodzie upłynęły niezwykle szybko. Ok. godziny 12 zeszliśmy z pokładu na lunch. W restauracji czekały na nas ziemniaki, fasolka z marchewką, pieczywko, mięso, gulasz itd. a to wszystko w postaci szwedzkiego stołu. Na deser była kawa, sałatka owocowa i ciasto. Kiedy już napełniliśmy żołądki, przyszedł po nas kierowca busa, którym mieliśmy ruszyć w dalszą trasę po parku, ale tym razem na lądzie. Pogoda trochę się popsuła, zaczęło kropić i wiać. Z knajpy musieliśmy przejechać kilka kilometrów, by dojechać do parku. Po drodze mijaliśmy mnóstwo podobnych busów, w których siedzieli sami biali. Autem jechało się bardzo wygodnie, miał daszek, ale był bez okien. Zdecydowanie najwięcej widzieliśmy antylop. Są zgrabne i mają piękne oczy (więcej jej nie zjem!). Nie uciekały od nas. Widoki były przepiękne – sawanna jak z moich snów J Roślinność była w prawdzie wysuszona, bo wciąż czeka na porę deszczową, ale i tak miała swój urok. Moją uwagę przykuły drzewa jak z horrorów lub obrazów romantycznych. Miały sterczące, rozłożyste korony pozbawione liści. Na lądzie widzieliśmy guźce (pumba!), fretki, wiewiórki (szare, zupełnie inne niż w Polsce), małpy i coś w rodzaju naszych bażantów. Na drzewach pięknie prezentował się ptak z zambijskiego godła – fisheagle (rybołów?), podobny do polskiego orła. Przejechaliśmy wzdłuż rzeki Zambezi, którą wcześniej płynęliśmy. Ponownie widzieliśmy morskie stworzenia. Następnie pojechaliśmy w głąb lądu. Udało nam się zaobserwować lwy, a w zasadzie lwicę z małymi. Nie daliśmy rady podjechać bliżej, ale może to i lepiej :P Po drodze mijaliśmy inne busy pełne turystów (białych). Za każdym razem wymienialiśmy się uśmiechami i witaliśmy się. Pod koniec safari, udało nas się spotkać piękne żyrafy, które niemalże stanęły nam na drodze. Jadły sobie liście z drzew tuż koło naszego auta. Było ich chyba z dziesięć!
Nasz kierowca zawiózł nas pod samą granicę. Tam, przesiedliśmy się ponownie na motorówkę i po trzech minutach byliśmy już na zambijskim lądzie. Szybka wizyta w urzędzie imigracyjnym i wracamy do Livingstone. Botswana bardzo mnie urzekła … chciałabym tam jeszcze wrócić.

Po powrocie do naszego hotelu wzięliśmy szybki prysznic i wybraliśmy się na małe zakupy do sąsiedniego SPARA (sieć sklepów popularna w Afryce). W końcu kupiłam sobie żel pod prysznic! Są to tylko męskie i bardzo drogie …. Z Beti poszłyśmy także obejrzeć pamiątki ale były takie same jak na Sunday Markecie tylko, że trzy razy droższe … Następnie wybraliśmy się do włoskiej knajpy. Prowadzona jest przez Włochów, ale obsługują czarni. Leci włoska muzyka, ładny wystrój i miła obsługa. Za jakieś 30 K kupiłam pizzę z kurczakiem (19 cm). Mała ale syta. Na miejscu było nawet Wi-Fi! Najedzeni poszliśmy spać ….
Ścisk,
Dosia

Żyrafki 

Pumba


Antylopy 

Lwica z małymi 

Drzewa z horroru

Słonie

Lodge

Bawoły

Hipo!

Panna na safari

Nasi przewodnicy

Nasza ŁÓDŹ

Przeprawa przez Zambezi :)