środa, 17 grudnia 2014

Karbia Lake - Siavonga

Witajcie Kochani,
Wybaczcie, że odzywam się dopiero dzisiaj, ale co chwilę coś odrywa mnie od pisania. Mam ostatnio jakoś mało wolnego czasu. Wyjazd nad jezioro, próby z dziećmi, malowanie, sprzątanie domu, zakupy. Jedyne na co mam ochotę wieczorem to jakiś film albo książka do poduszki. Ojciec Jacek pożyczył mi książkę, w której autor opisuje między innymi tereny, na których obecnie się znajduje – Lusakę. To taki wciągający dziennik podróży, który pozwoli Wam łyknąć trochę Afryki J Polecam, „Kwaheri” Wacław Korabiewicz. Jak już wspomniałam, sporo się u nas dzieje, ale dzisiejszą notkę poświęcę naszemu wypadowi nad Kariba Lake J.
Niedziela zapowiadała się fatalnie. Od rana lał deszcz i wręcz nie dało się wyjść z domu. Zambijczycy w nich zostali, bo kościół w trakcie mszy świecił pustkami. Wyruszyliśmy po godzinie 13. Deszcz ustępował, ale widać było jego skutki w całym mieście. Podtopienia, wielgachne kałuże, zatkane studzienki i oczywiście wszędobylskie błoto. Namiastkę zambijskiej „powodzi” macie na zdjęciu poniżej. Po drodze nad jezioro zahaczyliśmy o supermarket i Sunday Market, żeby Marcin mógł kupić pamiątki. W trakcie jazdy, pogoda diametralnie się zmieniła i zrobiło się parno. To normalnie w tym klimacie i nigdy nie wiadomo jak się ubrać, więc trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność. Do celu podróży mieliśmy z Lusaki 200 km. Widoki za oknem były przepiękne! Czułam się jak w świecie Tolkiena. Wszędzie wkoło widać było zielone góry i płynące strumyki. Mijaliśmy sporo typowo, afrykańskich wiosek i widzieliśmy wielkie baobaby. Faktycznie są puste w środku J. Po jakiś dwóch godzinach jazdy, dotarliśmy do uroczego miasteczka Siavonga. Jest  w nim jeden bank, poczta, parę lokalnych knajp, małe sklepy (takie jak w Lindzie) i mnóstwo ekskluzywnych pensjonatów (lodge). Siavonga ze wszystkich stron otoczona jest skalnymi wzniesieniami i znajduje się nad wielkim jeziorem, więc jest bardzo malownicza a przy tym spokojna, mimo iż ma wielki potencjał do bycia kurortem.
Nasz dom z kolei, mieścił się nad samą wodą, na skarpie. Jest on własnością archidiecezji lusackiej. Miał tylko sześć jednoosobowych pokoi i całe szczęście, że udało się o. Jackowi zarezerwować dla nas miejsca chociaż na dwa dni, bo jest dużo zainteresowanych. Nasz nocleg bardzo miło nas zaskoczył. Dom był przytulny, z klimatyzacją, telewizorem, mikrofalówką, żelazkiem i wielkimi, wygodnymi łóżkami J. Momentami zapominaliśmy, że jesteśmy w Afryce. Przed domem znajdował się spory ogród, z przystrzyżoną trawą i miejscem na grilla. Raj na ziemi! W Siavondze oprócz pięknych widoków były także przystępne ceny, niższe niż w stolicy. Ludzie byli tam życzliwi
i mam wrażenie, nie tak narwani jak w Lindzie. Chyba są przyzwyczajeni do białych turystów, choć osobiście żadnego nie widziałam :P Klimat Siavongi można porównać do klimatu Livingstone – bardzo wilgotno. Oczywiście wiązało się to z obecnością wkurzających komarów, ale klimatyzacja, którą włączyłam sobie w nocy w pokoju je odstraszyła.
Choć smacznie się spało to trzeba było wstać rano, bo szkoda było tracić dzień. Zjedliśmy szybkie śniadanie na powietrzu i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Odwiedziliśmy kilka wypasionych lodgy
z basenami, mini golfem i restauracjami. W jednej z nich (Manchinchi Bay Lodge) kupiliśmy krótki rejs motorówką po jeziorze. Było przyjemnie, motorówa pruła jak szalona J Widzieliśmy wyspy, kutry rybackie i mieszkańców piorących przy brzegu. Po wodnej wycieczce, udaliśmy się na poszukiwanie farmy krokodyli, na której można by było kupić mięso, bo doszły nas słuchy, że można je kupić taniej niż w Lusace. Niestety, na miejscu okazało się, że mięso wcale nie jest tańsze a przy tym tłuste. Ale przynajmniej widziałam krokodyle i nawet jednego, małego dotknęłam ;) Po drodze troszkę zgłodnieliśmy więc jak zwykle z Justyną rozkoszowałyśmy się smakołykami „z ulicy”. Często można spotkać na niej Zambijczyków sprzedających fritasy (coś jak nasze małe pączki, ale bez nadzienia) i muffiny. Są tanie (50 ngłe – 0,25 gr), smaczne, własnej roboty i zapychają na jakiś czas.
W Siavondze natrafiłyśmy na wypiek, którego w Lindzie nie spotkałyśmy, coś w rodzaju naszych oponek serowych. Niebo w gębie! 
Po krótkiej „sjeście” wraz z Marcinem i o. Jackiem pojechaliśmy na zaporę na rzece Zambezi.  Oczywiście zrobiłam sporo zdjęć dla mojego magistra inżyniera, dla którego elektrownie wodne to konik ;) Faktycznie, zapora robiła wrażenie, zwłaszcza na tle tych zielonych gór. Rzeka Zambezi to naturalna granica Zambii, także można powiedzieć, że byłam w Zimbabwe ;) Przed wjazdem na teren elektrowni, musieliśmy zostawić w biurze paszporty. Po powrocie do naszej „rezydencji” zrobiliśmy kurczaka, którego zjedliśmy oczywiście na dworze z widokiem na jezioro J
Ok. 6 rano, następnego dnia obudziła mnie potworna ulewa. Dobrze, że w poniedziałek pogoda nam dopisała! Po godzinie 8:00 ruszyliśmy w drogę powrotną ale widoki już nie były tak ładne ze względu na deszcz. Po powrocie, wraz z Justyną zrobiłyśmy generalny porządek w domu. O. Jacek zawiózł Marcina na lotnisko, więc zostałyśmy same, dwie niewiasty J.
Wczoraj o 17:00 odbyła się pierwsza z dziewięciu mszy, które będą się odprawiane codziennie aż do Bożego Narodzenia ale o tym opowiem w następnym wpisie J
Trzymajcie się ciepło,

Dosia

Powódź w Chilandze

Baobab :)

Tak wygląda raj ... 

tzn. Kariba Lake :)

Mój pokój 

Nasza chata

Kolorowe jarmarki

Domy w Siavondze

Rybacy

:)

Pawie na wczasach

Takie tam na motorówce

Marcin z krokodylem

Z dedykacją dla Jacka :)

To też może być dla Jacka ;) 

Reklama

sobota, 13 grudnia 2014

Nowiny z Zambii

Hej!
Jestem szczęśliwa, bo wracam do żywych! Skończyłam antybiotyk, czuje się znacznie lepiej J Pora deszczowa jest jednak upierdliwa i łatwo złapać przeziębienie. Najpierw w ciągu dnia jest bardzo ciepło, później spadnie deszcz i robi się chłodno jak na afrykańskie warunki. Justynę niestety dopadło choróbsko, już tydzień biedna męczy się z bólem gardła i katarem, a leki powoli nam się kończą. Chyba czas wracać … :P

Dziś byliśmy na Christmas Party. Odbywało się w ładnym ośrodku (Lodge) niedaleko Chilangi. Zawiozła nas tam siostra Magdalena. Sami grillowaliśmy kurczaka J Było sympatycznie i smacznie.
W zasadzie, przez ostatnie dwa dni jeszcze dochodziłam do siebie. Troszkę malowałam przedszkole, ale większość czasu spędziłam na wycinaniu serduszek i gwiazdek – muszę ich trochę naprodukować. W środę wieczorem odwiedziliśmy parafię w Makeni. W końcu poznałam proboszcza – ks. Krzysztofa. Jest z Pomorza, sporo czasu spędził na parafii w Gdyni, więc mieliśmy wspólne tematy, nawet znamy paru tych samych księży. Ksiądz opowiadał m.in. o tym jak kiedyś w buszu został postrzelony w nogę z kałasznikowa. Dziewięć miesięcy dochodził do siebie, między innymi leczył się w Polsce, było już ryzyko amputacji, bo zrobiła mu się gangrena. Straszne rzeczy i to w Zambii! Do jednej z wolontariuszek, Oli, przyjechał chłopak, Dominik. Mają nas odwiedzić w Lindzie przed wylotem do Polski. Okazało się, że tak jak ja są w Neokatechumenacie, w Warszawie przy parafii św. Anny. W tym miejscu pozdrawiam moją wspólnotę! Dziękuję za pamięć i modlitwy J
Jutro po południu wyjeżdżamy nad jezioro Kariba, także kolejna notka pojawi się pewnie we wtorek. Wtedy też, odlatuje Marcin i zostajemy znów same z Justyną. Szkoda, bo facet jest tu potrzebny :D. Marcin bardzo zasymilował się z tutejszą społecznością, co wieczór wychodzi  do pobliskich pubów
i poznaje nowych znajomych. Raz nawet jakieś dwie laski się o niego pobiły, a faceci notorycznie stawiają mu piwo. To przecież zaszczyt mieć musungu wśród znajomych! Mnie i Justynę te klimaty raczej nie kręcą … ale może jeszcze przed wylotem wybierzemy się na jakąś potańcówkę bo to wstyd nie być na afrykańskiej imprezie. Oczywiście pójdziemy z asystą chłopaków z parafii! :D 
No to tyle moi drodzy,
Dosia
P.S. Jacek, kocham Cię :*


Marcin na dachu,
fot. o. Jacek Gniadek

Więzień celi nr 17

Cepelia

Cecylia :D

Czibuku

Gry uliczne

It's going to rain

Niewiasty w cieniu

:)

Grillujemy

Tato, to z myślą o Tobie :)

Śmieci przy głównej drodze

środa, 10 grudnia 2014

Leniuchowanie

Hej, hej!
Dziękuję, że tak mnie dopingujecie w powrocie do zdrowia J Od razu mi lepiej! Nie mam gorączki ani żadnych sensacji żołądkowych. Antybiotyki w prawdzie mocno osłabiają, ale daję radę. Nie mogę już tyle spać w dzień, bo później nie mogę zasnąć w nocy. Staram się więc normalnie funkcjonować ale jeszcze się nie forsować, więc pewni do malowania przedszkola wrócę w przyszłym tygodniu. Na razie mam co robić J Zrobiłam dziś wielkie pranie (ręczne oczywiście) ale i tak prawie wszystkie ciuchy będą do wyrzucenia. Są tak brudne od tutejszej ziemi, że nawet vanish sobie z nimi nie poradzi. Przed południem wymyślałam akordy to angielskich piosenek świątecznych, żeby dzieciakom łatwiej było je śpiewać. Następnie wzięłam się za gotowanie szpinaku, który udało mi się wczoraj dostać
w supermarkecie. Świeży, wielgachny, pachnący! Przyrządziłam go z pomidorami, cebulką
i makaronem. Dobre i lekkostrawne. Po obiedzie wybrałam się na próbę z dzieciakami, a później odwiedził nas Fred J
Dzisiejszej nocy nie mogłam spać, bo jak już wcześniej wspominałam, wysypiam się w ciągu dnia :P Non stop się kręciłam w poszukiwaniu komfortowej pozycji ale i tak jak się nie ułożę to jest gorąco. Zostaje mi tylko leżeć, wsłuchiwać się w brzęczące owady, które wplątują się w moją moskitierę
i liczyć w myślach skaczące owce. W nocy ponownie odwiedził nas deszcz i to nawet solidny. Jego odgłos brzmiał jakby psy jadły coś pod oknem i tak charakterystycznie przy tym mlaskały albo maszerowało stado koni. Tak, zdaję sobie sprawę, że to dziwne skojarzenia ale takie głupoty rodzą się w głowie jak nie chce się spać :P. Dodatkowo nasi stróże Drops i Azor ujadają przez większość nocy. Co dziwne, szczekają tylko na czarnych :D
Wczoraj wraz z Justyną i o. Jackiem całe popołudnie spędziłam w mieście załatwiając rożne sprawy. Zaczęliśmy od małych zakupów w Pick&Pay’u, następnie odwiedziliśmy urząd imigracyjny, żeby przedłużyć wizę. Niestety, nie udało się nam ubłagać niesympatycznej Pani, żeby wpisała nam datę ważności do 12 stycznia, tak więc w dniu wylotu będziemy musieli pojechać tam jeszcze raz. Mimo nieuprzejmej obsługi, poszło nam to dość sprawnie jak na afrykańskie warunki. W Polsce pewnie czekalibyśmy dłużej. Zaszliśmy także po drodze do jedynej w Zambii księgarni katolickiej, w której kupiłam ładne, ilustrowane historyjki biblijne dla dzieci na użytek naszej parafii w Lindzie. Kolejnym punktem wycieczki była moja „ulubiona” klinika. Musieliśmy odebrać poprawiony rachunek i receptę, bo jak wiecie, we wcześniejszych dokumentach rypnęli się z moim nazwiskiem. Oczywiście, nie było to gotowe, choć Pani z recepcji tak obiecywała. Trzeba więc było chwilkę poczekać. Zabawne było to, jak o. Jacek wkręcał faceta z recepcji, że nazywam się Dominika Szczebrzeszyńska i pochodzę ze Szczebrzeszyna i kazał mu to napisać. Chłopak był totalnie zdezorientowany :D Spotkałam też panie pielęgniarki i doktora, pytali się mnie o zdrowie. Miłe to J. Później musieliśmy przebić się przez centrum Lusaki, żeby dotrzeć do sklepu papierniczego. Potrzebowałam kupić kolorowe brystole. Na ulicach handluje się dosłownie wszystkim! Jedyne co potrafię zrozumieć to: woda, doładowania do telefonów i gazety, ale na cholerę komuś leżak i rękawki do pływania, skoro w promilu 200 km nie ma tu żadnego, większego zbiornika wodnego?! :D Oczywiście nie brakuje koszulek, map, zabawek, kabli, okularów no i żebraków. Jest taki jeden niewidomy Pan, który codziennie chodzi z innym dzieckiem. Ciekawe, czy faktycznie nie widzi. Z kolei na chodnikach roi się kolorowych straganów, gdzie staniki leżą koło mięsa i cebuli. Nikt tu nie dba o estetykę :D. Już poprosiłam o. Jacka żeby zawiózł mnie tam kiedyś na cały dzień to porobię Wam takie fotki, że padniecie! Wczoraj niestety nie miałam ze sobą aparatu i udało mi się uchwycić z samochodu tylko parę rzeczy telefonem. O. Jacek robił także zakupy budowlane do przedszkola i zajęły nam one sporo czasu. Ja już nawet nie wychodziłam z auta i sobie leżałam. Ogólnie ciężko jest funkcjonować w takim upale. Co rusz widać jak pod jakimś drzewkiem czy krzakiem ludzie ucinają sobie drzemki. U niektórych to oczywiście skutek picia czibuku, ale
w większości przypadków Zambijczycy po prostu mają sjestę.
No, to by było na tyle,
Następnego wpisu możecie się spodziewać w sobotę, bo wybieramy się na imprezę świąteczną, więc będzie o czym opowiadać ;) Z kolei w niedzielę, na dwa dni wyjeżdżamy nad jezioro (Karibe Lake), jakieś 200 km od Lusaki. Wracamy we wtorek po południu.
Buziaki,

Dosia

Coraz bliżej święta ... 

W zambijskiej księgarni :)

Zamiast drutu kolczastego, zbite butelki :D Afrykańczyk potrafi! 

Na straganie w dzień targowy ...

takie miałam widoki

Marcin - człowiek owad

Selfie na dowód że dobrze się czuję!

Ślę buziaki, szczególnie dla brata na urodziny :*

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Zatrucie pokarmowe

Moi drodzy,
Przepraszam ze kilka dni zwłoki w pisaniu, ale sama byłam trochę jak zwłoki ;) Dopadło mnie jakieś zatrucie pokarmowe i całą niedzielę spędziłam w szpitalu.
Piątek i sobota upłynęły na malowaniu przedszkola do południa, a następnie miałam próby z dziećmi z parafii. Nauczyły się już sporo nowych piosenek, wychodzą im świetnie! Najpierw ja wybieram polskie piosenki, które uważam za stosowne, konsultuję je z o. Jackiem i daję mu do przetłumaczenia na język angielski, a następnie Godfrey, który odpowiedzialny jest za animację dzieci, tłumaczy teksty na nanja. Niektóre utwory, dzieci śpiewają w dwóch językach. Teraz to ja muszę się nauczyć piosenek w nanja, żeby nie było wstydu J
 Ćwiczyliśmy m.in. alleluja ze shreka, co bardzo przypadło im do gustu i specjalnie stworzoną na adwent piosenkę. Niestety szpital pokrzyżował mi plany i ostatecznie dzieci występowały beze mnie i bez gitary L ale podobno wyszło super! Żałuję tylko, że nie mogłam ich usłyszeć. Muszę czekać do następnej niedzieli ;)
W sobotę wieczorem oglądałam sobie film i nagle, w ciągu dosłownie sekundy, zaczęły mnie boleć wszystkie mięśnie i zrobiło mi się okropnie zimno, mimo iż było ok. 30 stopni. Poszłam po bluzę i dalej oglądam film, ale telepie mnie coraz bardziej i wiem, że dłużej nie wysiedzę. Położyłam się do łóżka, Justyna dała mi śpiwór i jakieś tabletki, ale nic nie pomagało. Czułam, że narasta mi gorączka.
W środku nocy doszła biegunka i wymioty, nie mogłam ustać na nogach, więc Justyna zadzwoniła po o. Jacka, bo objawy wskazywały na malarię. Justynie ufam w tej kwestii, bo po pierwsze jest pielęgniarką, a po drugie pisała pracę magisterską właśnie o malarii. Miałam szczęście, bo o. Jacek
z reguły wyłącza na noc telefon, a teraz tego nie zrobił, więc się dodzwoniłyśmy. Zakon werbistów znajduje się w Makeni, jakieś 10/15 minut drogi od Lindy. Zjawił się błyskawicznie, władowali mnie na półprzytomną do auta i chwilę później byliśmy w szpitalu. Z racji tego, że była niedziela pojechaliśmy do prywatnej kliniki koptystów. Mieliśmy pewność, że mnie przyjmą, bo klinika działa 24 h.
W przypadku państwowego szpitala, musiałabym pewnie czekać do poniedziałku, a zresztą pobyt
w nim mógłby mi jeszcze bardziej zaszkodzić. Niestety, postawiłam na nogi lekarza i pielęgniarki, a tak smacznie spali … Po zbadaniu mnie, młody doktorek stwierdził, że musi mnie zostawić na obserwacji i podać kroplówkę, bo miałam niskie ciśnienie. Przydzielili mnie do pokoju, w którym siedziało dwóch muzułmanów. Pan podłączony był do kroplówki, a Pani zawinięta od stóp do głów w chusty, czytała Koran. „Godne towarzystwo dla Kulturoznawcy” – pomyślałam sobie. I w ogóle, co to za zwyczaje, żeby ładować młodą kobietę do jednego pokoju z sześćdziesięcioletnim facetem? Po godzinie jednak, gdzieś się ulotnili.
Starszy pielęgniarz przez długi czas męczył się z moimi żyłami (standard :P) bo żadnej nie widział. Wbijał na łapu capu i teraz mam wielki wylew na ręku. Od razu zdziwiło mnie to, że pielęgniarze
i pielęgniarki nie używają tu rękawiczek! Parę razy się zdarzyło, że przy pobieraniu krwi, trochę się jej wylało, wszystko ciekło im po palcach, a oni zdawali się tym nie przejmować… a gdybym tak miała HIV? Bardzo to nieodpowiedzialne … zwłaszcza, że w Zambii HIV to istna plaga. Większość czasu przespałam, więc za dużo Wam nie poopowiadam o moim pierwszym w życiu pobycie w szpitalu i to w Afryce! Wolontariusze razem z o. Jackiem śmiali się, że pewnie symuluję chorobę żeby mieć o czym pisać na blogu :D Specjalnie po to cykali mi zdjęcia ale większość nie nadawała się do publikacji :P. Dostałam jakieś tabletki, chyba z sześć kroplówek i trzy zastrzyki w tyłek. Do tej pory nie mogę siedzieć :D. Dziwne też było to, że mimo diagnozy zatrucia pokarmowego dostałam normalne śniadanie i obiad. Prawie tego nie tknęłam, bo nie miałam apetytu, ale nie było najgorsze. Śniadanko to herbata, jajko, dwie kromki i chleba i galaretowaty dżem. Obiad macie na zdjęciu pod notką: piekielnie słone mięso z fasolką, ziemniaki, ryż, surówka i sok pomarańczowy, który wyglądał dwuznacznie. Jednak jak na warunki szpitalne to naprawdę nieźle, pewnie dlatego, że to prywatna klinika.
Po dwóch testach na obecność malarii, całkowicie ją wykluczyli. Powiedzieli, że mam jakąś bakterie
w żołądku. Nie zdziwiło mnie to specjalnie, bo i w Polsce miewam z nim problemy. Miałam skoki temperatury, raz 40 stopni, raz 38, i zastanawiali się czy puścić mnie na noc do domu, ale na szczęście się udało. Panie pielęgniarki i lekarze byli bardzo mili, często mnie odwiedzali i pytali się czy czegoś nie potrzebuję. Na koniec jedna z nich dała popis i przebiła kroplówkę, więc wszystko zamiast lecieć do moich żył, leciało na prześcieradło. Dodatkowo, przekręcili moje nazwisko i na wypisie mam napisane: Dominika Bzewicz. Na dziś mieli mi to poprawić, żebym później nie miała w Polsce problemów z ubezpieczeniem.
Za tę „szpitalną imprezę” musiałam zapłacić ponad 1000 kw (ponad 500 zł). Cena była tak wysoka między innymi dlatego, że przyjechałam w nocy, w trakcie ostrego dyżuru. Musiałam jeszcze wykupić tabun leków, które mają mnie postawić na nogi. Biorę teraz dwa antybiotyki po 3 i 2 tabletki dziennie, paracetamol i coś osłonowego. Bogu dzięki, że była i jest ze mną Justyna, która jest jak dobry aniołek. Nie byłam w stanie gadać wczoraj po polsku, więc co dopiero po angielsku, a Justyna mnie w tym wyręczyła i rozmawiała z lekarzami. Zajęła się też finansami, a po powrocie do domu zrobiła mi kleik ryżowy z bananem. Jestem jej więc dozgonnie wdzięczna. Marcin z kolei spakował mnie do szpitala tak na zaś, w plecaku nie zabrakło nawet kostiumu kąpielowego :D Ojcu Jackowi dziękuję za to, że nie wyłączył tej nocy telefonu i, że był pogotowiu! Bardzo mi miło, że myślą
o mnie moi afrykańscy przyjaciele, którzy do mnie dzwonili, modlili się za mnie na Mszy, a dziś odwiedziły mnie dzieci z parafii, jutro zapowiadają się kolejni goście! Prawie jakbym była w PolsceJ
Mamo, tato, nie martwcie się, już jest znacznie lepiej J Ze dwa dni jeszcze prześpię i będę w formie!
A tymczasem zmykam chorować,
Pozdrawiam,

Dosia

Wciskam w siebie jedzenie

Takie o ... 

Jeden z większych zakładów w Lusace - cementownia

Dziewczynki z parafii

Master stroi gitarę

a drugi master uczy się na niej grać ;)

Dzieciaki na próbie

z ciocią Dosią :)

Również tańczymy

Próba z parafialną młodzieżą

czwartek, 4 grudnia 2014

Graduation

Heja,
No i po graduation, dzieci z pre-school w Chilandze zaczęły wakacje, które potrwają do 12 stycznia.  W Zambii rok szkolny nie kończy się dla wszystkich w tym samym dniu, każda placówka ustala swoją datę. Np. szkoła w Lindzie graduation ma dopiero 12 grudnia.
Już wczoraj dzieci miały wolne i szkoła świeciła pustkami. Wraz z nauczycielkami dekorowałyśmy główną salę. Odwiedziłam także sąsiednią szkołę, w której zakończenie roku odbędzie się jutro. Trafiłam akurat na próbę tańca maluszków. Były urocze J Po lunchu musiałam przeczekać u sióstr, bo Marcin z o. Jackiem byli w centrum na zakupach, a ja nie miałam kluczy. Poczytałam więc książkę, pogadałam z Dorotą i powoli ruszyłam w drogę na moim zielonym rumaku. Po drodze zajechałam do „fajnego” sklepu, w którym jak zwykle pan sprzedawca ciepło się ze mną przywitał. Kupiłam sobie mój ulubiony soczek o smaku guawy (taki dobry owoc) i muffinę, bo akurat były wystawione na ladzie i kusiły. Później koczowałam ponad godzinę pod drzwiami, zajadając się babeczką, popijając różową ambrozję i zaczytując się w thriller pożyczony od Doroty.
Dziś wstałam o 6:00 i pognałam na autobus. Miałam ze sobą zbyt dużo tobołków żeby pojechać rowerem. Po raz pierwszy musiałam czekać na busa dłużej niż 10 minut i nachlani zaganiacze wytrącali mnie z równowagi. Kiedy w końcu upragniony pojazd nadjechał, zapakowaliśmy się jak śledzie i pojechaliśmy. Mimo iż od początku bus był napchany po brzegi, to i tak zatrzymywał się po drodze i zgarniał kolejnych ludzi. Pasażerowie w Zambii nie muszą się martwić i wyczekiwać godzinami na przystankach (i tak takowych tu nie ma). Po prostu idą sobie spokojnie do celu, a bus po drodze jak kogoś zobaczy i tak się zatrzyma, czy tego chcesz czy nie. Czasem nawet możesz nie mieć ochoty na jazdę, ale autobusowy naganiacz tak Cię omami, że i tak w końcu wsiądziesz. Tak właśnie miałam dziś drodze powrotnej. Planowałam znowu iść na piechotę do Lindy z Chilangi i liczyć
w duchu na wart, że może ktoś łaskawy mnie podrzuci. Byłam jednak bardzo obładowana, z gitarą na plecach, torbą i siatkami, więc młody naganiacz wręcz wyskoczył z busa, wyrwał mi gitarę
i kazał wsiąść, bo „za dużo mam do dźwigania”. Miało to miejsce zaraz przy budynku szkoły, przy głównej szosie. Pojechałam na około, z jedną przesiadką, przejazd kosztował mnie łącznie 7 K (3.50) ale było sympatycznie i wysiadłam w Lindzie, koło piekarni więc od razu mogłam skoczyć po chleb. Dziś nawet udało mi się kupić brązowy! (tzn. nie ma brązowego koloru ale tak się nazywa). Ciekawe jak będzie smakować … A wracając do jazdy autobusem to śmiać mi się chciało, bo gitarę trzymali jacyś obcy ludzie na przednich siedzeniach, a ja siedziałam zupełnie z tyłu i nie musiałam się z nią gnieść. Jak ktoś wysiadał to podawał ją temu, kto właśnie wsiadał :P I nawet nikt nie protestował tylko posłusznie ją trzymał, hahaha.
No ale przejdę do sedna dzisiejszej notki czyli graduation. Impreza zaczynała się o 9:00 ale ja byłam na miejscu już o 8:00. Chciałam rozstawić sprzęt, nastroić gitarę i obgadać ostatnie sprawy techniczne z nauczycielkami. One jednak co chwilę gdzieś  latały i nie raczyły mi w niczym pomóc. W ostateczności wyszło na to, że mam być dj-ką, technicznym, gitarzystką i fotografem. Pomijam oczywiście fakt, że nie miałam pojęcia w jakiej kolejności mam odtwarzać muzykę, bo żaden wychowawca nie podzielił się ze mną tą informacją. Miałam też dostać kabel, dzięki któremu mogłabym podłączyć laptopa do kolumn ale oczywiście nie udało się go skołować, albo po prostu w ferworze zajęć nauczycielki o nim zapomniały. Wyszło więc na to, że nie potrzebnie tachałam ze sobą komputer bo i tak się nie przydał. Mikrofon non stop sprzęgał i nie był bezprzewodowy, o czym większość przemawiających zapominała … Miałam także kręcić aparatem film i robić zdjęcia ale siłą rzeczy to się nie udało bo nie mam pięciu rąk. Sala była wypełniona po brzegi rodzicami i dzieciakami. Nie wiem kto wpadł na pomysł, żeby zakończenie roku w Afryce odbywało się w środku, a nie na zewnątrz. Po godzinie od tej duchoty kręciło mi się w głowie, a impreza trwała ponad trzy. Najbardziej było mi żal maluchów z baby class powystrajanych w kiecki ze sztucznych materiałów i czarne marynarki. Oprócz tego, że było im na pewno bardzo ciepło to z pewnością wynudziły się koszmarnie. Pod koniec widziałam, że niektóre z nich płakały, ziewały i ogólnie były marudne. Wcale się im nie dziwie!
Nie zaprzeczę, że uczniowie wypadli dobrze i na pewno rodzice byli z nich bardzo dumni, ale w koło panował straszny harmider. Napaleni rodzice byli gotowi zadeptać pozostałe dzieciaki, żeby tylko pstryknąć fotkę swojej pociesze z dyplomem. Z początku próbowałam także zrobić kilka zdjęć młodym absolwentom, ale szybko zrezygnowałam, bo na większości ujęć był tył głowy mamusi lub tatusia, który wbił mi się przed obiektyw.
Klasy występowały kolejno, od najmłodszych do najstarszych. Na początku zgromadzeni odśpiewali hymn państwowy, zmówili modlitwę, a następnie krótką przemowę wygłosiła s. Magdalena (dyrektorka trzech szkół w Chilandze) oraz head teacher (pomocnica siostry w konkretnej placówce). Po występach nadszedł czas wręczania dyplomów. Dzieciaki ubrały specjalne zielono-zółte stroje, w których super się prezentowały! Żałuję, że u nas w Polsce takich nie ma. Zdziwiło mnie to, że rodzice zamiast wręczać prezenty/kwiaty nauczycielom, dawali je swym dzieciom. Head teacher odczytywała kolejno imiona uczniów, te wychodziły na środek, podchodził do nich rodzic, wręczał dziecku prezent (bądź sztuczne kwiatki - bleeee) i wspólnie pozowali do zdjęcia. No i później to już było po wszystkim, bo dzieci były tak podniecone swoimi podarkami, że nic innego ich nie interesowało. Zaczęły szeleścić papierami, wyjmować przeróżne, nowe lalki i licytować się, kto ma lepszą. Nie podobało mi się to. Uważam, że żeby było sprawiedliwie, każdego dziecko będąc na środku, powinno dostać symbolicznego kwiatka, słodycze, lub ten sam prezent (np. jakąś książkę/kolorowankę). Ewentualnie, później w domu dostać coś większego. To tylko dzieci … i widziałam, że niektórym po prostu było przykro, że niektórzy podostawali wielkie paczki, a część nie otrzymała nic. Jedno dziecko dostało od rodziców parę banknotów i wachlowało się nimi ostentacyjnie na forum. Głupota.
Po zakończeniu imprezy był poczęstunek. Każde dziecko dostało kiełbaskę z grilla, frytki ociekające tłuszczem i gazowany napój. Nauczycielki wciskały we mnie lunch ale jak spojrzałam na te frytki to serdecznie odmówiłam, a raczej mój żołądek. Dzieci natomiast się nimi zajadały. W Zambii generalnie panują dziwne nawyki żywieniowe. Nie wiem czy nie pisałam, już o tym wcześniej, ale przez ostatnie tygodnie mogłam zaobserwować jak wyglądają chociażby ich śniadania. W Polsce dzieci na drugie śniadanie przeważnie jedzą kanapki, drożdżówki, owoce i ewentualnie coś śmieciowego, co kupią sobie w szkolnym sklepiku. Z tego co mi wiadomo, to tego typu jedzenie miało być wycofane z polskich szkół, ale nie wiem jak to wygląda w rzeczywistości. PIERWSZE śniadanie zambijskiego dziecka to natomiast, kurczak z frytkami, spaghetti, cała paka ciastek lub chipsów. Wszystko (nie tylko szkolne jedzenie dzieci) jest tu przesolone i przesłodzone! Większość mieszkańców Zambii cierpi na cukrzycę, ale i tak nie zmieniają swoich nawyków. Jest to ogromny problem, z którego większość nie zdaje sobie sprawy.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z pracy w Chilandze. Poznałam świetne nauczycielki, wymieniłyśmy się namiarami do siebie, obiecałam, ze odwiedzę je jeszcze przed powrotem do Polski. Przekonałam się, że edukacja dzieci jest tu na wysokim poziomie i, że uczniowie świetnie władają angielskim. Całość psuje jednak afrykańska mentalność czyli niezorganizowanie i totalne życie czasem teraźniejszym. Afrykańczycy nie patrzą się za siebie ani też nie planują. Na swój sposób jest to dobre ale w ich przypadku jest to przegięciem. Ciężko się z nimi umawiać … Ich brak projekcji na cokolwiek  uwidacznia się później w praktyce. Działają spontanicznie, szybko i często nieporadnie. Dyplomy rozdane, lunch zjedzony, dzieci udały się na zasłużone wakacje ale napisze Wam szczerze, zmęczyła mnie ta dzisiejsza impreza :D I nawet się cieszę, że jutro znów „pogadam” sobie ze ścianami w trakcie malowania przedszkola. Znając jednak siebie, pewnie po dwóch dniach zacznę tęsknić za ludźmi J
Za Wami też tęsknie!
Buziaki,

Dosia

Aniołki z Chilangi

Występy 

s. Magdalena 

Little Princess 

Pani od wszystkiego :P

Taniec na zakończenie roku

Absolwentka

Ten napis chyba nie ma sensu ... :P

Szał prezentów

Lunch

Zdjęcie z fantami 

Z dzieciakami i Agnes :)

Moja droga do szkoły 

Mount Makulu

Codzienność w Lindzie :)