sobota, 15 listopada 2014

Dzień trzeci - rafting po Zambezi

Hej,
Dziś dalszy ciąg relacji J

11.listopada  (wtorek)
W Polsce obchodziliśmy święto Niepodległości, a w Zambijczycy po dwóch tygodniach pochowali swojego prezydenta. Pogrzeb odbył się na stadionie narodowym i trwał 8 godzin, ale prawie nikt nie wytrwał do końca i jak wynosili trumnę to stadion był pusty … Jego kadencja trwała cztery lata.
Ok. godziny 8 przyjechał po nas śmieszny samochód, który miał zawieźć nas na rafting. Z uśmiechem wita nas kapitan Potato – postać dnia. Po drodze zabieramy innych uczestników, są to przeważnie młodzi ludzie, też wolontariusze, z USA i Europy. Zajechaliśmy także do ekskluzywnych hoteli po dwie starsze pary. Opiekuje się nami fenomenalna i profesjonalna firma BUNDU ADVENTURES. Jadąc na miejsce startu Potato opowiada nam o okolicy. Jest to koleś po 30-stce, obdarzony niebanalnym poczuciem humoru, od 15 lat pracuje przy raftingach, ale traktuje to jako pasję, bo na co dzień uczy w podstawówce.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, usiedliśmy na drewnianych trybunach, a instruktorzy dawali nam cenne wskazówki. Następnie, przywdzialiśmy kapoki oraz kaski i ruszyliśmy w drogę, która nie była łatwa … zwłaszcza w plastikowych laczkach za 12 K :/. Zostaliśmy poinformowani, że mamy ubrać buty do wody i to takie, których nie będzie nam szkoda jak je zgubimy, bądź zniszczymy. A tutaj okazało się, że czeka na nas prawdziwa, górska przeprawa! Cały czas schodziliśmy w dół po ostrych, śliskich skałach. Ścieżki były strome i wąskie … jeden niepoprawny ruch i leeeeeecisz w przepaść :P Byliśmy w prawdziwych tropikach. Było mnóstwo roślinności, skaczących małp i wilgoci. Marzyło się o tym, by w końcu wskoczyć do wody. Niektóre zejścia były naprawdę niebezpieczne, trzeba było schodzić po szczebelkach, trzymać się lin itd. Teraz przynajmniej nie będę się bała wspinaczek górskich, bo zawsze mnie jakoś przerażały J Ale nie polecam chodzenia w japonkach! Na szczęście noga omsknęła mi się tylko raz i lekko zbiłam sobie kostkę.

Po męczącej drodze w końcu dotarliśmy do urwiska, przy których czekały na nas pontony. W naszym okręcie było 8 osób + Potato. Na początku zrobiliśmy sobie krótką rozgrzewkę i trening wiosłowania, a później wskoczyliśmy do wody by się troszkę schłodzić J Oczywiście w kapokach, bo rzeka miała
z 12 m głębokości. Była rewelacyjna! Czyściutka i ciepła. Po orzeźwieniu weszliśmy na nasz okręt
i ruszyliśmy. Ahoj przygodo! Nasz sternik zagrzewał nas do wiosłowania, instruował i opowiadał
o obiektach, które mijaliśmy. Potato to najlepszy kapitan na świecie J Z kolei widoki zapierały dech w piersiach! Dzika, rwąca rzeka, która oblewa ponad stu metrowe skały … Rafting po Zambezi należy do najlepszych na świecie. Z poziomu wody wszystko wydawało mi się jeszcze większe i piękniejsze. Cały czas płynęliśmy szerokim kanionem. Zaczęliśmy od Victoria Falls – czyli największego wodospadu świata (więcej o nim w następnym wpisie) i płynęliśmy w dół. Mieliśmy przed sobą 25 progów rzecznych – rapidów (ang.). Każdy z nich miał różny stopień trudności i nazwę, np. Oblivion, Angry Sisters and Mother, Morning Shave, Washing Machine, Toilet Splash. Za każdym razem Potato uprzedzał, co nas czeka, byliśmy więc psychicznie przygotowani na ewentualną wywrotkę. Pierwszy raz wypadliśmy chyba przy piątym rapidzie. Po wypadnięciu z pontonu jest się chwilę pod wodą, ale kapok szybko wyrzuca cię na powierzchnię. Woda jest wzburzona, pełna wirów i prądów, które cię znoszą, więc ciężko się pływa. Na pokład wciągaliśmy się nawzajem jak worki kartofli i trochę się przy tym poobijaliśmy J Często robiliśmy sobie przerwy w rejsie i wskakiwaliśmy do wody, żeby się schłodzić. Przyjemnie nas unosiła i czuliśmy się jak w przestrzeni kosmicznej. Leżeliśmy sobie swobodnie na rzece i podziwialiśmy krajobrazy, z każdej strony otaczały nas wielkie, skalne ściany. Mieliśmy też przystanek, podczas którego skakaliśmy do wody ze skał. Było super!

Mniej więcej w połowie trasy zrobiliśmy sobie przerwę na przekąski i wodę. Słońce grzało niemiłosiernie, zwłaszcza w uda i ramiona. Drugi upadek zaliczyliśmy zupełnie niespodziewanie. Ekipa z drugiego pontonu porównała nas do wyskakującego pop cornu ;) Wszystko uwiecznione jest na filmie, który kręcony był w trakcie raftingu. Ludzie z Bundu robili nam także zdjęcia i wyszły fenomenalnie! Przedostatni rapid pokonaliśmy poza pontonem. Było to w prawdzie ryzykowne ale ekscytujące ;) Po drodze widzieliśmy wygrzewającego się na składach krokodyla. Wjechaliśmy
w niego pontonem, wkurzył się i zwiał do wody i podpłynął do drugiej ekipy. Generalnie w Zambezi roi się od krokodyli więc można powiedzieć, że z nimi pływaliśmy :P Rafting trwał ponad 6 godzin,
w ciągu których zrobiliśmy 60 km. Zacumowaliśmy do dzikiej, piaszczystej plaży. Stamtąd do góry wciągnęła nas winda, przypominająca kolejkę górską. Było to miłym zaskoczeniem, bo po takiej adrenalinie i wysiłku nie chciałoby się nam wspinać o własnych nogach. Na górze czekał na nas pyszny obiad. Był kurczak, ziemniaki, surówka z kapusty i zimne piwko Mosi! Trochę wyschnęliśmy
i ruszyliśmy w drogę do domu. Mijaliśmy afrykańskie wioski – lepianki ze słomianymi dachami, bez bieżącej wody i prądu. Żałowaliśmy tylko, że nie mieliśmy aparatu, bo takie miejsca nawet w Afryce są rzadkością …

Rafting był wart swojej ceny (180$) i chętnie wybrałabym się na niego jeszcze raz! Już snujemy plany z Justyną czy może nie wybrać się ponownie w grudniu bądź styczniu ;). Po powrocie do kwatery, odświeżyliśmy się i poszliśmy na kolację do włoskiej knajpki. Tym razem zamówiłam calzone – wielką bułę z dużą ilością sera, którego brakuje mi w Zambii, z szynką i pieczarkami. Było smaczne i niedrogie. Wracając z restauracji, wraz z Adamem i Justyną odwiedziliśmy pobliski klub. Leciał w nim dancehall, więc nogi same chodziły! (Gośka, byłabyś wniebowzięta :P) Chwilę posiedzieliśmy, pooglądaliśmy lokalne kreacje dziewczyn i wróciliśmy na nocleg. Padliśmy jak muchy J Muszę powiedzieć, że rafting to chyba najbardziej hardkorowa rzecz, jaką w życiu zrobiłam! Bungee przy tym to pryszcz ;)

A tak z aktualności, to jedną salę wykończyliśmy już całkowicie. Sporo było przy tym roboty, rąk nie czuję ale efekt jest piękny! J Jest jasno i czyściutko. Dziś o 15:00, odbędzie się w tej sali pierwsze spotkanie z lokalnym przedsiębiorcą dla parafian. Zdam z niego relację ;)
Adaś i Beti już się pakują, bo jutro o 15:00 fruną do Polski. Będzie tu bez nich pusto L

Buziaki, miłego weekendu!

Dosia
P.S. Dziś mija mój pierwszy miesiąc a Afryce! :) 

Słuchamy uważnie ... 

z przerażeniem w oczach :P

Ahoj przygodo!

Most łączący Zimbabwe i Zambię. Można z niego skakać na bungee, ponad 100 m wysokości  :)

Początek rejsu 

Pokonamyyy faleeeee! 

"Pomachajcie do zdjęcia"

i sru przez fale

BUM!

Chować się kto może!

Pierwszy upadek

Za burtą

Przerwa

Dosia na dziobie :)

Walka z żywiołem ...

o przetrwanie ;) 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz